sobota, 1 sierpnia 2026

Biegowy rachunek sumienia - lipiec 2026

                    Miesiąc lipiec jest kolejnym miesiącem, w którym trwa lato. Miesiąc lipiec był miesiącem powrotu do pełnego biegania w miesiącu, gdzie nie opuściłem ani jednego dnia. Początek lipca zapowiadał się słabo, bo brałem udział w zawodach na niecałe 4 km i myślałem, że tych kilometrów w lipcu będzie mało. Drugie zawody, to był piękny bieg w Skórczu na 15 km i jeszcze na treningach troszkę km było i zaczynało to grać, ale nie do końca grało, bo na zawodach od trzynastego kilometra - brakowało mi kilometrów w nogach. Dlatego we wtorek po zawodach robiłem ostatni trening z grupą KS Sokół Zblewo i nawet trener mi nie rozpisywał treningów, bo zacząłem biegać swoje i musiałem dążyć do tego by tych kilometrów przybyło. Wtedy był przełom, bo o dnia nie poszedłem na trening we wtorek (taki bunt nastoletni Mariuszka) - bo nie idę biegać i koniec! Jednak żeby nie było, że bieganie jest opuszczone, to - biegałem 5 dni z rzędu!!! Nawet dzień przed zawodami i dzień po zawodach - poszedłem na trening. No i biegając na zawodach w Chojnicach na 5 km - brakowało mi sił w nogach i to była zemsta za wtorek, że nie szedłem na ten trening. No, ale przełomem była niedziela, gdzie przebiegłem (po sobotnich zresztą udanych mimo wszystko zawodach) 16,5 km i to był najdłuższy dystans w miesiącu. Dlatego wiedziałem, że przy tych kilometrach - nie przekroczę 251,56 km (rekordowy dystans z maja) w miesiącu. No a żeby to się udało, to następna niedziela - musi być 20 km!!! I była!! W tygodniu biegałem 12,5 km, a w czwartki 15 km. Ta sztuka się opłaciła i dzięki temu licznik podbił do 72,57 km - ustanawiając nowy rekor tygodnia z czerwca, gdzie wynosił 66,55 km - będąc dłuższy o 6,02 km. Jeszcze dodatkowo 40 km w lipcu dobiłem biegając wtorek i środę po 12,5 km oraz czwartek 15 km - co dało te dodatkowe 40 km. Dzięki temu licznik podbiłem bardzo wydoko, bo przekroczył 250 km. No i statystycznie wygląda to tak:

                      W lipcu przebiegłem 262,54 km. W lipcu miałem pełne 22 dni biegowe. Średni dzienny dystans w lipcu wynosił 8,469 km. Średni czas w lipcu wynosił 5:18/km. To wygląda to tak w lipcu, a poniżej porównanie z czerwcem:

                      Porównując czerwiec z lipcem, to w lipcu miałem o 43,16 km więcej niż w czerwcu. Średni dzienny dystans w lipcu wynosił o 1,156 km więcej niż w czerwcu. Średni czas w lipcu był lepszy o 2s niż w czerwcu. To tyle jeśli chodzi o porównania miesiąców.

                      Jeszcze taka mała statystyka na koniec - łączny dystans od 1 kwietnia do 31 lipca wynosił 861,78 km.

                      Podsumowując - miesiąc lipiec - początkowo nie zapowiadał się obficie biegowo, ale dzięki końcówce miesiąca oraz długie wybiegania - odrobiłem straty - a nawet przebiłem dystans z maja przekraczając majowe 251,56 km (różnica wynosi 10,98 km).

                       Plany na sierpień - jeden start na 10 km w Tczewie 29 sierpnia dokłanie. No tej dychy nie mogę zawalić jak to miało miejsce w czerwcu. Po prostu musi być udana. A kilometrowo? Planuję ponad 300 km przebiec jak nie 350 km. To już wtedy będzie pięknie.

niedziela, 19 lipca 2026

Chojnicka piątka - ,,na piątkę z minusem"

                  Dzisiejszego dnia - no dobra już jakby wczorajszego bo go piszę po północy - odbył się bieg w Chojnicach na 5 km. Przypomnę sobota 18.07.2026. Do piątku jeszcze nie wiedziałem jak pojadę na ten bieg. Jednak kolega dziadek jest jak ,,czyściciel zawodów" i po prostu już później wiedziałem, że jedziemy razem. Jeśli chodzi o mnie, to w czerwcu - miałem dość strat i z racji tej, że miałem dwa dni bieganie opuszczone przez chorobę, to na dodatek - miałem mało km. Teraz trafiło się tak, że w ten wtorek zrobiłem sobie - po poniedziałku - drugą z rzędu przerwę. No a jak są dwie przerwy z rzędu, to trzeba biegać 5x z rzędu wliczając w to zawody, dlatego biegałem wyjątkowo w piątek (dzień przed zawodami). Kilka dni przed zawodami dowiedziałem się, że są one na 17, czyli późno, a byłem przekonany, że rano. Ogółem to nie był problem, ale jakoś energia biegania ze mne spadła. Bóg THE FLAME jakby mnie opuścił i zostawił sobie mnie ,,na kolację", albo ,,wisienkę na torcie". A wracając do zawodów, to było to tak:


                       Gdy już wczesniej wiedziałem, że z dziadkiem pojadę na zawody, to się umówiliśmy, że wyjedziemy ze Zblewa o 14:00, to będąc u mamy wcześniej się zapakowałem i czekałem aż dziadek przyjedzie. Niespodzianką było, to, że jeszcze nie było 14-tej, a dziadek był u mamy. No to ubrałem buty i wyszedłem. Wyjechaliśmy o 13:50 od mamy. Ja będąc po wczorajszym treningu (w piątek jakby co) - nie czułem tych zawodów, ale czułem, że dostanę wpierdol. Po prostu czułem, że głowa chce, a nogi nie. Po drodze wiadomo żarty były, kto komu dojebie. Się śmiałem, że ja dziadkowi dojebie, a za chwilę mówiłem do dziadka, że skoro ja wygrałem w Skórczu z tobą, to dzisiaj ty mi dojebiesz, bo musi być po równo - raz ja wygrywam, raz ty. Gadaliśmy sobie i po około 50 minutach byliśmy w Chojnicach. Śmiałem się, że znam każdą ulicę tutaj, bo zdaję tutaj prawo jazdy i jak na razie bilans jest taki, że 6x nie wyjechałem z placu i 6x wyjechałem. To 13 raz musi być zdany, a czy będzie - może jo, bo muszę się najpierw zapisać. Gdy już znaleźliśmy miejsce parkingowe, to poszliśmy do biura zawodów po pakiety startowe. Poszukaliśmy naszych sokołów i zamieniliśmy sobie kilka słów z nimi. Wtedy jeszcze jeden typ co jest w naszym sokole zdenerwował mnie i dziadka, bo mówimy do niego, że też jesteśmy zielony sokół, a on ,, niebieski, zielony, a zaraz może filoetowy" - taka głupia odzywka. Wkurzył nas tym. No i jeszcze porozmawialiśmy sobie z taką fajną taką pozytywną dziewczyną Justyną, z którą tydzień temu na zawodach w skórczu rozmawialiśmy. No i trochę jeszcze poszliśmy robić rozgrzewkę i potem toaleta szybka i wtedy z dziadkiem się już nie widziałem. Dwie minuty przed startem włączyłem zegarek i sobie myślę, że już nie załapie gpsa. No i jeszcze mała wzmianka - biegałem w innych butach i nie byłem pewien jak w nich pobiegnę. No i gps o dziwo załapał w trakcie strzału, a ja miałem kilka metrów do pomiaru czasu, a początek był ciasny. No i z racji tej, że po toalecie miałem mało czasu, to ustawiłem się bardziej z tyłu. No i w końcu się zaczęło. Początek było tak ciasno, że nawet się nie przebijałem, bo nie chciałem za szybko biec, dlatego pierwszy km wynosił 4:42/km. Drugi czas był taki sam wynosząc 4:42/km. Od trzeciego przyspieszyłem i miałem czas 4:30/km. Postraszyli od czwartego km górką, ale ja na codzień na trasie trenuję po górkach i się dobrze czuję, więc czwarty km jeszcze był szybszy i wynosił 4:19/km. No i ostateczny - dzięki temu, że na stadionie przyspieszyłem - piąty km wynosił 4:18/km. Całkowity czas wyniósł 22:33. Ucieszyłem się z kolejnych zawodów i z wyniku też. Po mecie zauważyłem dziadka Krzysia i mi coś nie pasowało, bo zdziwiłem się, że był przede mną, bo ja go na starcie nigdzie nie widziałem. No i poszliśmy do samochodu się przebrać, ale ja jak zwykle roztrzepany, to zapomniałem wziąć skarpetek na przebranie i musiałem mieć ubrane te buty co w nich startowałem. Wziąłem bon na żywność, który był w pakiecie. Poszliśmy jeszcze na stadion i znowu spotkaliśmy Justynkę (te pozytywną dziewczynę), która zapraszała na śliwicką dychę. No szczerze powiem, że brzmi kusząco, bo dyszkę biec lubię. Wtedy poszedłem odebrać jedzonko - kiełbaskę z grila i porozmawiałem sobie z biegaczami. Jedna dziewczyna poznała mnie ze Skórcza i też na imię ma Justyna i też wariacyjna kobietka. No i poszedłem drugi raz po kiełbaskę, bo Krzysztof dziadek nie chciał, to wziąłem za niego. Czekając w kolejce poznałem tajemniczy - znajomy głos, który nie mógł należeć do nikogo innego jak do Zbyszka Świerczyńskiego. Co za spotkanie!!! Przypomnieliśmy zaraz sobie zawody, w których startowaliśmy. Wszystkie wizje miałem w oczach. Bardzo się ucieszyłem. To kurcze tak zleciało, bo Zbysiu ma już 78 lat i ciągle wygląda młodo. Szacun naprawdę szacun, że pomimo iż jest niewidomy, to biega. To jest piękne. No i gdy odebrałem drugą porcję, to porozmawialiśmy jeszcze z sokołami, bo byli z tyłu za Zbyszkiem i Kamila chciała mnie przekonać żebym słuchał trenera. Wiem, wiem, wiem, że ma racje, ale ja wolę biegać po swojemu i tyle. Chcę czuć radość, chcę czuć zmęcenie po długim wybieganiu i to mnie kręci. A czasy będą lepsze. Wtedy wszyscy poszliśmy na rozdanie nagród i losowanie nagród. Trochę to zajęło, bo były różne losowania. Mi udało się zdobyć karnet na siłownię w Chojnicach, ale niestety go nie wykorzystam, bo za daleko. Z naszej ekipy Kamila była trzecia na podium w swojej kategorii wiekowej i jeszcze pod koniec udało jej się wygrać los bon do sklepu biegacza o wartości 700 zł. Super dzień dla niej. Ja nie zazdroszczę, ale się cieszę - niech ma dziewczyna. Po wszystkich losowaniach pojechaliśmy do domu.


                          Podsumowując te zawody, to powiem tak - może i zrobiłem słaby wynik spowodowany piątkowym treningiem, ale za to czuję się bardzo dobrze, bo pobiegłem po raz kolejny te zawody z głową - początek wolniej - a później przyspieszyłem. Dałem podtytuł 5 z minusem, bo dzień przed zawodami się nie robi treningu dlatego 5 była o z takim minusem -. Z drugiej strony w tygodniu nie czułem, że jakiś wynik zrobię, ale źle też nie jest. Cieszy mnie to, że zawody są udane i wracam do swojego biegania. Niedziela 16,5 km już pobiegłem, ale o tym na fb.

              

sobota, 11 lipca 2026

Bieg czterech jezior - ,,przebudzenie smoka"

                 Dzisiejszego dnia - 11.07.2026 (sobota) - odbył się bieg w Skórczu na 15 km. Ten bieg był wielką niewiadomą jak mam wystartować i czy będę mieć nr startowy - czy też nie. Do czwartku był to znak zapytania - o taki ? Wczoraj już wiedziałem, że jo - udało się tak, że będę biegał z numerem startowym. Ucieszyłem się, że tak się udało. Wczoraj miałem przerwę, więc na spokojnie sobie przemyślałem jak będę biegł. Ładowałem energię na dzisiaj. 

                       Po wyspanej nocy, wstałem rano i zgadałem się z kolegą Krzyśkiem, że będziemy ze Zblewa wyjeżdżać o ósmej rano. Z racji tej, że kolega Michał - wczoraj odebrał mój pakiet startowy ze Skórcza, to miałem wczoraj już w domu. W pakiecie było to bardzo dobrą inicjatywą, że chip był wbudowany w numerku startowym ( a nie, że trzeba go wiązać do buta - tylko z tym problem jest).  No i gdy już miałem w domu pakiet startowy (szkoda, że bez koszulki), to pojechałem do Zblewa na noc do mamuśki, ale byłem sam, bo mama mi klucze zostawiła wcześniej w mojej skrzynce pocztowej. Jeszcze wczoraj sobie frytki zjadłem na wieczór i chwilę jeszcze posiedziałem i potem poszedłem spać. Rano wstałem już o siódmej godzinie żeby sobie na spokojnie kawę wypić i żeby niczego na zawody nie zapomnieć. Dzień wcześniej kolega, z którym jadę na zawody powiedział, że zachorował, ale bez obaw - pojedziemy na zawody. Wszystko sobie przygotowałem i o godzinie ósmej wyjechaliśmy na zawody. Na miejscu (w Skórczu) byliśmy po 8:30. Poszukaliśmy sobie parking tak, że nasz samochód był w zacienionym miejscu. Następnie udaliśmy się do biura zawodów, bo Krzysiek musiał odebrać swój pakiet startowy. Popatrzeliśmy sobie jeszcze na zawodników, którzy startowali na dystansie 5 km. Poszliśmy potem na stoisko brooks, bo Krzysiek rozglądał się za skarpetkami, ale widzieliśmy te ceny, tozrezygnowaliśmy (chociaż szczerze gdybym miał kasy więcej, to na pewno bym coś kupił). Rozglądaliśmy się czy nie ma gdzieś naszych sokołów. Znaleźliśmy kilku i nawet naszego trenera poszukaliśmy. Porozmawialiśmy chwilę i potem wróciliśmy do samochodu się przebrać już startowo. Miałem jeszcze problemy z paskiem biegowym bo raz był za luźno raz za ciasno. Męczyłem się z nim i potem Krzysiek mi go ustaił (co dwie głowy, to nie jedna). Jeszcze trochę poprawiłem, bo był za ciasno. Gdy już zrobiłem, to wtedy pochodziliśmy zrobić sobie rozgrzewkę. Tam jeszcze raz spotkaliśmy naszego trenera - dał nam wskazówki jak biegać. Na rozgrzewce spotkaliśmy naszą Kamilę i resztę drużyny. Po rozgrzewce - około 10 minut przed startem włączyłem gps-a aby się namierzył. Sygnał załapał nawet szybko jak na niego, bo się włączył około czterech minut przed startem. Strzał startera i się zaczęło.

                  Dla mnie ten dystans - jeśli chodi o zawody - był dla mnie nowy, bo historia piętnastokilometrówki zaczęła się, gdy biegałem bieg zaślubin w Kołobrzegu 16.03.2014 roku, kiedy to biegałem nie dość, że z osobą niewidomą - będąc jego przewodnikiem - to na dodatek dzień przed zawodami ( nie wiem dlaczego) zrobiłem trening. Wszystko ok, ale ten trening był o 3 w nocy (z czwartku na piątek) i mnie pogryźli psy Bosia. Z początku myślałem, że nie wystartuję, ale się nie poddałem i pomimo wszystko nie zrezygnowałem i pojechałem na zawody, ale w piątek rano byłem u lekarza i opatrzył oraz zdezynfekował mi ranę, a dzięki temu mogłem wystartować. Zawody nie były udane, bo mnie noga bolała, ale nie myślałem o bólu. Ten dzień zawodów pomimo tego wszystkiego był udany, bo wylosowałem tablet. Natomiast samo bieganie też złe nie było, bo nawet mieliśmy dobry czas, bo pomimo iż byłem pogryziony przez psy, to czas 01:12:23 nie był złym czasem, tym bardziej, że tempo to 4:49/km. To było 12 lat temu. Teraz dzisiejsze zawody były inne. Ta historia tworzy się na nowo. Tutaj we mnie coś się obudziło i wiem co to - to Bóg THE FLAME. A gdy u mnie on się obudzi, to przetrwam wszystko. To się obudziło dzisiaj. Tak wyglądały poszczególne moje płomyki kilometrowe na trasie:

                          Zaczynając start nie byłem pewien czego się spodziewać, bo to druga moja styczność z tym dystansem, dlatego nie zamierzałem zacząć za szybko, ani też za wolno, ale z rozsądkiem. Gdy zaczął się start - to nie było zmiłuj się - trzeba dawać ognia, ale też tak, żeby go za szybko nie wypalić. Start zacząłem bardzo dobrze, bo z planowanego czasu (5:00/km) urwałem 5s i pierwszy czas wyniósł 4:55/km, to była taka granica, że mogłem sobie na to pozwolić. Czułem się bardzo dobrze i szłem za ciosem. Drugi km przyspieszyłem do 4:37/km. Cały czas była pełna kontrola czasow, żeby nie spalić i nie pobiec za szybko. Trzeci km, zwolniłem, bo ten drugi był za szybki i go musiałem skorygować do 4:47/km. To wszystko działo się tak szybko, że trzeba było podejmować mądre decyzje - nie spiesz się na spokojnie. Tutaj przypomniały mi się słowa trenera, który mówił przed startem - nie ważne jak wystartujesz - ważne jak ukończysz! Biegając początek, to postanowiłem, że pobiegniemy razem z Krzyśkiem. Jednak Krzyś pierwszy km pobiegł szybciej ode mnie, a ja biegłem po swojemu. Na drugim go dogoniłem i biegliśmy razem. Wracając do czasów, to czwarty km był taki sam jak trzeci wynosząc niezmienne 4:47/km tutaj jeszcze biegliśmy razem. Piąty km - też biegliśmy razem i czas tego km - był o sekundę lepszy wynosząc 4:46/km. Od szóstego km lekko przyspieszyłem, gdzie czas wynosił 4:43/km i tutaj już biegłem sam - oddalając się. Siódmy km wynosił tyle samo co piąty -  wynosząc 4:46/km. Ósmy był wolniejszy, bo była zmiana terenu na bardziej leśną trasę i było zróżnicowanie - raz z górki raz pod górkę. Dziewiąty km wynosił 4:56/km. Wreszcze druga (z część i dziesiąty km, gdzie lekko przyspieszyłem, a czas wyniósł 4:52/km. Jedenasty czas wynosił też 4:52/km. Dwunasty km wynosił o sekundę gorzej wynosząc 4:53 km. Trzynasty km, była długa prosta i tutaj zwolniłem, bo złapał mnie lekki kryzys, ale i tak dobrze się czułem. No ale czas był aż o 9s gorszy od dwunastego i wynosił 5:02/km. Tutaj sobie obliczałem i liczyłem sobie - jaki mogę mieć czas ostateczny na mecie. Gdy mniej więcej sobie to obliczyłem, to sobie myślę, że mogę mieć czas nawet 1h 10m. Wtedy skorzystałem - z wcześniej zmagazynowanej rezerwy aby przyspieszyć, żeby uzyskaćczas poniżej 1h 12m. Dostałem tutaj motywacji - czułem przypływ energii  - Boga - THE FLAME i dosyć mocno przyspieszyłem, bo jak trzynasty km wynosił 5:02/km - tak czternasty wynosił 4:41/km. Pozostał ten ostatni już niedaleko - meta jest blisko. Byłem już dosyć zmęczony, ale biegłemvdalej mniej więcej tym tempem. Chwila tutaj zatrzymajmy się do momentu, gdzie zostało około 400m do mety.

                         Gdy tutaj na trasie około te 400m do mety - trener krzyknął ,, dawaj Mariusz!", to wtedy poczułem w sobie energię THE FLAME dając okrzyk i stało się - uwlniłem moc super saiyana i nie patrząc na nic - leciałem czasem na 2:52/km. Ten ogień trwał przez około minutę i na chwilę zgasł, ale po chwili ponownie go obudziłem i do mety już nie zgasł. Zgasł na po przekroczeniu mety, wtedy było mi słabo przez chwilę, ale zaraz doszedłem do siebie. Przez jakiś czas nie wiedziałem jaki był mój wynik, ale wiedziałem, że na pewno poniżej 1h 12m. Dzięki tej mocy piętnasty km wynosił 4:19/km, a całkowity czas  01:11:52. Tempo wyniosło 4:47/km. Po mecie szedłem w kierunku trenera - w miejscu gdzie mi dopongował ale go tam nie było. Wtedy ja kibicowałem przez jakiś czas innym zawodnikom. Po jakimś czasie wróciłem na miejsce mety i poszedłem coś zjeść. Szukałem naszych sokołów i gdy się odnaleźliśmy, to wtedy szukałem kierowcy Krzyśka. Gdy go znalazłem, to poszedłem do samochodu się przebrać na czysto. Wróciliśmy na pole i spotkaliśmy trenera. Porozmawialiśmy jeszcze chwilę i musiał już wyjechać. Wtedy chciałem jeszcze zjeść, ale jeden biegacz przede mną - dostał ostatnią zupę i już nie było, ale ci co wydawali zupę powiedzieli, że zaraz przyjadą z dostawą. Byłem głodny, więc wolałem poczekać żeby nie stać w kolejce, bo byłem jako pierwszy. Po około piętnastu minutach - doczekałem się - zupę przywieźli. Po chwili lekko padał deszcz, ale sobie spokojnie zjadłem zupę. Była tak dobra, że po chwili - bo już nie było kolejki - przyszedłem po dokładkę-  i dostałem. Kończyły się biegi dla dzieci i po chwili poszukałem Krzyśka, do którego zadzwoniłem gdzie jest. Był w aucie i wziąłem go i razem poszliśmy na rozdanie wszystkich nagród. Najpierw dzieci, dla których były dwa rowery. Potem nagrody dla Nordik Walking, dla biegających na 5 km. No i wreszcie dla nas startujących na bieg główny - na 15 km. Z naszego klubu dwie osoby stanęły na podium - pierwsza - w klasyfikacji kobiet nasza dzielna Kamila Grzonka, która wśród pań była trzecia. Druga osoba, to nasz Krzysztof Podlaski, który w swojej kategorii wiekowej M 60-69 - był trzeci. Na zakończenie było jeszcze losowanie dla każdego nagród i z naszego klubu nagrodę wylosowała Monika. Ogromne gratulacje dla wszystkich - nie tylko z naszego klubu, ale i też tych co wygrali. Po wszystkim pojechaliśmy z Krzyśkiem do domu.

                         Podsumowując te zawody - to powiem że były one udane, ale to były moje drugie zawody na tym dystansie - 15 km, więc nie mogę ich do niczego porównywać - tym bardziej, że poprzednie były 12 lat temu. Gdy więcej takich zawodów na ten dystans pobiegnę, to mogę wtedy cokolwiek porównać. Najbliższą okazję będę mieć za rok w tych samych zawodch w jubileuszowym XX biegu 4 jezior. Póki co te zawody były bardzo udane i oby więcej razy udało mi się na ten dystans pobiec, co będzie jakieś porównanie.

poniedziałek, 6 lipca 2026

Biegowy rachunek sumienia - czerwiec 2026 - ,,różne zwroty akcji".

                    Miesiąc czerwiec kojarzy się z latem ciepłem i piękną pogodą. No i można powiedzieć, że taki był. Natomiast z biegowej strony wygląda to inaczej, bo czerwiec kojarzy się dobrymi wynikami w zawodach - chyba, że ekstremalne warunki komuś nie sprzyjają, to nie będzie wyników. Początek miesiąca był dla mnie taki, że biegałem swoje bieganie i miałem swój plan treningowy i jego się trzymałem. Biegałem po prostu dla rozrywki i to co wyjdzie na treningu - tak będzie. Zmiana nadeszła w niedzielę 07.06.2026, kiedy to biegłem na treningu 20 km i na trasie spotkałem - najpierw Karolinę - i chwilę biegliśmy razem, ale ja już nie mogłem, to gdy zrobiłem 20 km i skończyłem trening, a potemszedłem sobie bo było bardzo ciężko i już szedłem do domu. Następnie na trasie (gdzie jest przy szkole długa prosta droga między polami - spotkałem drugą koleżankę z klubu K S Sokół Zblewo - Kamilę. Pomimo zmęczenia i już dużego wysiłku - dobiłem z Kamilą jeszcze jeden km, ale wolnym tempem. Mówię, że tego dnia nadeszła zmiana, bo co prawda zapisałem się do klubu, ale nie byłem pewien, czy się sprawdzę - czy chcę biegać dla siebie indywidualnie i robić swoje, czy jednak wybrać klub i razem biegać we wtorki i czwartki w klubie? Długo biłem się z myślami - i nawet chciałem powiedzieć do Kamili, że jednak nie chcę dołączyć do klubu, ale nie chciałem robić tej przykrości Kamili, bo ją szanuję.No i przypomina mi się też moment, że był przykro jak dołączyłem wcześniej do T.G. Sokół Zblewo, a kiedyś obiecałem Kamii, że do jej klubu dołączę. No i żeby nie robić przykrości, że odchodzę, to postanowiłem, że zobaczę jak to będzie? Czy będzie mi to pasowało? Czy dam radę? Będę mieć trenera, czy uda mi się dostosować treningi od trenera? I w końcu - Czy będę mieć z tego radość? 9 czerwca wtorek był moim pierwszym treningiem w klubie. Poczułem się dobrze i pomimo buntu głowy zaryzykowałem i udało się - trening był udany. Przez następne dni jeszcze nie mogłem się do tego przyzwyczaić, ale z treningu na trening było coraz lepiej. Przełomem były zawody w Gniewie. Na prawdę tutaj się przełamałem. Pobiegłem te zawody już jako K S Sokół Zblewo i miałem inne podejście. Tutaj się zatrzymamy. Po dwóch udanych zawodach 23 maja w Zblewie na 5 km i 30 maja w Ocyplu na 10 km - trzy dni przed zawodami (przed dychą w Gniewie) - zaczęły mnie nerki boleć i wiedziałem, że zawody będą słabe - a nawet start stał pod znakiem zapytania. Jednak chcieliśmy jako drużyna mieć miejsce na podium, to musiałem zawody ukończyć. Temperatura była wysoka, ale mi to nie przeszkadzało i gdy zacząłem od czasu 5:00/km, to myślałem, że bardzo dobrze zacząłem - nic bardziej mylnego - to był najlepszy czas!!! - Bo następne były coraz gorsze!!! A najgorszy, to 9 km, gdzie czas wyniósł 6:46/km!!! Tak!!! Takich czasów na treningach nawet nie mam!!! Jeszcze na tych zawodach - z jednej strony - zadwałem sobie pytanie - Po co się zapisałem do klubu, skoro to była moja najgorsza dycha w historii biegania?! (Przypomnę, że czas to 00:58:00, średnie tempo, to 5:48/km). I tak to nic nie pomoże!!! Następny tydzień był jeszcze ciężki przez dwa treningi, ale od 25 czerwca nabierałem sił i było coraz lepiej. 27 czerwca pojechałem z kolegą Krzyśkiem na zawody do Tczewa na 5km - (bieg wieczorny, bo zaczął się o 19). Dlaczego przypominam - bieg wieczorny? Bo mam dobre wspomienia z Nocnego Biegu Świętojańskiego z Gdyni, gdzie kiedyś biegałem 10 km w czasie 40:27 (4:03/km). Tutaj przyjmę, że te 5 km, które biegłem w Zblewie z czasem 21:52 - był moim najlepszym czasem - tak i w Tczewie jak i w Gdyni - pobiłem swój czas życiowy (ze Zblewa) - wynoszący 21:46, czyli pobity o 6s. Tutaj mnie po prostu niosło. I po zawodach w Gniewie - mówiłem, że się zemszczę - i zemściłem! To tak wyglądały czerwcowe zwroty akcji. Natomiast kilometrowo w czerwcu wygląda, to tak:

              Biegowo czerwiec był mniej obfity w km niż maj. W czerwcu przebiegłem 219,38 km. Średni dystans dzienny w czerwcu wynosił 7,313 km. Natomiast średni czas w czerwcu wynosił 5:20/km.

               Podsumowując i porównując maj i czerwiec, to wygląda, to tak, że w maju miałem o 32,18 km więcej. Średni dzienny dystans w maju był większy o 0,802 km. Natomiast średni czas w maju - wynoszący 5:11/km - był lepszy niż w czerwcu o 9s.

                 Na koniec najważniejsze - łączny dystans od 1 kwietnia do 30 czerwca wynosi - 599,24 km.

                 Zobaczymy co przyniesie lipiec i jak będzie obfity w bieganie, bo napewno chcę biegać więcej tych kilometrów. Oby tak było.

sobota, 27 czerwca 2026

Tczew na 5 z Flex Poland - ,,mieszane uczucia".

                      Dnia 27.06.2026 roku odbyły się zawody - Tczew na 5 z Flex Poland. Tutaj zawody pobiegłem bardzo dobrze, ale nie jestem zadowolony pod względem organizacji imprezy. Szczegóły poniżej:


                 Na zawody jechałem z kolegą Krzyśkiem z Jaroszew, który przyjechał po mnie do mamy, gdzie stąd na niego czekałem. Do Tczewa wyjechaliśmy szybko, bo już o godz 16 (3 godziny przed startem). Po drodze rozmawialiśmy o startach, treningach i ogółem o bieganiu. W Tczewie byliśmy kilka minut po 17, bo jeszcze po picie wjechaliśmy na stację w Starogardzie Gdańskim i wtedy po 17 byliśmy na miejscu. Tam chwilę się rozprostowaliśmy i poszliśmy odebrać pakiet startowy. Sam pakiet w sobie nie był zły i w miarę i nawet ładna koszulka, w której startowałem potem. Pochodziliśmy sobie po Bulwarze i później zaczęliśmy rozgrzewkę. Ostatnie nawodnienia przed rozgrzewką i rozgrzwka. Z początku wolniej, a później coraz szybciej. Mnie aż niosło już na rozgrzewce, dlatego poszło szybko. Po rozgrzewce poszliśmy na start. Strzał i poszli. Od początku czułem się super i tak jak zakładałem - pierwszy czas 4:40/km - a miałem 4:39/km. Drugi szybszy, bo wynosił 4:20/km. Trzeci czas wynosił 4:31/km. Zaś czwarty i piąty po 4:07/km. To mi dało łączny czas 21:46, czyli 4:20/km. Na całej trasie czułem się bardzo dobrze i stąd ten wynik. No, ale dzisiaj warunki ekstrmalne. O 19 godz temperatura jeszcze była blisko 32°C. A w Słońcu jeszcze cieplej. Jakiś czas po mnie na metę wbiegł kolega Krzysztof. Na mecie dostałem medal i poszedłem na bok i gdy Krzysiek przybiegł, to  chwilę pogadałem z drugim kolegą z klubu - Rafałem. Ucieszyłem się z wyniku, bo wiedziałem, że jest dobrze. Chwilę z Krzysiem odpoczęliśmy, potem poszliśmy się przebrać. Szliśmy wtedy na zakończenie i rozdanie nagród.

               Zakończenie imprezy i mieszane uczucia. Tutaj dobrze, że zapytaliśmy w namiocie, gdzie jest rozdanie nagród, bo wiedzieliśmy, że dwaj koledzy z Klubu - będą na podium. Zenon Hartuna - osiągając czas - 20:38 byl pierwszy w swojej kategorii M 60-69, Krzysiek (w tej samej kategorii) był trzeci osiągając czas - 22:44. W kategorii dziewczyn nasza koleżanka Ania Skalska była 1 w swojej kategorii K 40-49 osiągając czas 21:24. No i tutaj pozytywów koniec. Na zakończenie każdych normalnych zawodów - powtarzam ,,normalnych" - po wszystkich rozdaniach nagród - są dodatkowe nagrody dla wszystkich uczestników. To jedno. Drugie zażalenie takie - brak posiłku regeneracyjnego dla zawodników. Także pod takim względem te zawody uważam za byle na odpał. Nie to co zawody w Ocyplu (najlepsza impreza), Zblewo też fajna organizacja. No i Gniew - też był fajny - pomimo złego wyniku. Czasem jest tak na zawodach, że może być super trasa, super samopoczucie, ale organizacja zawiedzie i takie coś niszczy piękno biegania, że na takie zawody nie ma co przyjeżdżać, bo co mi da super wynik jak czegoś brakuje. Po wszystkim była kategoria drużynowa i niestety ze względu na to, że nasza koleżanka klubowa Kamila nie ukończyła zawodów z powodu zasłabnięcia - nie liczyliśmy się w drużynówce. Szkoda tego, ale niestety zawsze się nie uda to tak jak byśmy tego chcieli. Coś na ten temat wiem -  tydzień temu też doznałem gorycz porażki, ale chociaż udało się ukończyć zawody, a Kamia nie miała dzisiaj tego szczęścia i to jest gorsza porażka od mojej. No, ale nie ma co już drążyć. Jest jak jest i kropka o taka •.

niedziela, 21 czerwca 2026

XII Bieg Gniewski z Lecą - ,,Ból i cierpienie".

                   Dzisiejszego dnia, czyli 21 czerwca 2026 odbył się bieg na 10 km w Gniewie. Po tym jak koleżanki i koledzy namówili mnie na start, to z miłą chęcią zapisali mnie i bez wahania przygotowywałem się na te zawody. Niestety trening przygotowawczy był tylko we wtorek i środę, bo od czwartku wszystko się posypało - zaczęły mnie nerki boleć! Od tego dnia mój występ w zawodach był pod znakiem zapytania i myśli czy jechać czy nie? Piątek ból się nasilił i już wiedziałem, że i sobota będzie przerąbana. I tak było. Trochę ulżyło jak spałem z soboty na niedzielę u mamy wtedy już się normowało i w końcu coś zjadłem. No i przyszedł ten oczekiwany moment start w zawodach.

                          Na zawody wyjechaliśmy około 9:15 z kolegą Rafałem, który przyjechał najpierw po mnie. Wtedy pojechaliśmy po Kamilę do Bytoni i po Marcina do Dąbrowy. No i następnie wyruszyliśmy do Gniewu. Na miejscu byliśmy po 10-tej. Poszliśmy do biura zawodów po pakiet startowy i fajnie, bo każdy uczestnik dostał plecak. Fajny z froty plecaczek szary, batonik, Oschee w kartoniku nr startowy i chip do buta. Na miejscu jeszcze spotkaliśmy naszą koleżankę klubową Anię Skalską oraz kolegę Zenka Hartunę.  My się przebraliśmy i razem poszliśmy zrobić małą rozgrzewkę i szykowaliśmy się do startu. Upał dał się we znaki było bardzo parno i gorąco. O godz 11 zaczęło się.

                Ɓól i cierpienie ograniczony czasowo. Pierwszy km pomyślałem - o czas 5:00/km, to wystartowałem nie za szybko, czyli dobrze. Drugi km był około 3s gorszy i wynosił 5:03/km to myślałem, a raczej się łudziłem i pomyślałem, że przyspieszę - nic bardziej mylnego - było jeszcze gorzej!!! Trzeci km jeszcze w zasięgu dobrych czasów i wynosił 5:16/km. Czwarty czas by jeszcze przeszedł, bo wynosił 5:27/km, ale od tego km już wiedziałem, że mogę zapomnieć o dobrym wyniku. No i dobitką tego był piąty km wynoszący 6:35/km (takich czasów nawet na treningu nie mam), ale tutaj można zwalić na ostry podbieg, który miał około 0,5 km. Szósty km 5:41/km. Od siódmego km i zresztą końcówkę poprzedniego km podbiegu - szedłem kilka metrów. I na każdych kolejnych też co jakiś czas szedłem, bo już wiedziałem, że to jest koniec marzeń o dobrym wyniku. No i siódmy km wynosił 5:31/km - i to był w tej drugiej połowie najlepszy czas. Od ósmego km było już tylko gorzej, bo ósmy km 6:15/km. Dziewiąty - najgorszy - 6:46/km. A w ostatnim lekko przyspieszyłem do mety, ale wcześniej szedłem, więc i tutaj czas wynosił powyżej 6 min/km - wynosząc dokładnie 6:23/km. Z jednej strony ucieszyłem się, że zawody ukończyłem, ale z drugiej strony jest niedosyt i to spory. Zawody ukończyłem na miejscu 79 open na 148 osób, które ukończyły. Jedna osoba nie ukończyła. W kategorii mężczyzn byłem 62. A w kategorii wiekowej byłem dopiero 22.

                  Po tym jak jeszcze reszta biegaczy dobiegała do mety, to poszliśmy się przebrać i poszliśmy na rozdanie nagród. Nasza Kamila wśród kategorii kobiet była trzecia. Nasza Ania Skalska była 1 w swojej kategorii k 40-49. No i Zenek Hartuna był w swojej kategorii też 1 w m 60-69. Ogromne gratulacje dla wszystkich. Jeszcze też naszym małym sukcesem było, to że jako drużyna KS Sokół Zblewo - zajęliśmy trzecie miejsce. Lepsze to niż nic, pomimo mojego słabego wyniku.

                      Podsumowując te zawody - jak na razie - i oby - to były moje najgorsze zawody na 10 km. Ukończyłem je, ale niestety dzisiaj nie miałem z czego zrobć czasu. Oby kolejne starty były zdecydowanie lepsze, z których będę mieć radość, bo o to tutaj chodzi. Natomiast z drugiej strony walczyłem jak lew i się nie poddałem i to cieszy, a może wzmacnia przed kolejnymi zawodami.

niedziela, 31 maja 2026

Biegowy rachunek sumienia - maj 2026

             Kolejny miesiąc biegania przeminął jak i kolejna historia. W maju biegałem już ósemki, więc i dystansu przybyło prawie 2x więcej. Maj też zaskoczył, bo 23 maja oraz 30 maja wystartowałem w zawodach. Pierwsze w Zblewie na dystansie 5 km oraz na 10 km w Ocyplu. Obydwa zawody bardzo udane. No i wisienką na torcie była dzisiejsza bardzo udana dwudziestka na treningu. Statystycznie ten miesiąc wygląda tak:

W maju przebiegłem 251,56 km. Co ciekawe po raz kolejny nie opuściłem ani dnia biegowego pomimo zawodów, po których następnego biegałem trening. No i w maju miałem wszystkie 22 dni biegowe, razem z dwoma startami w zawodach.

Średni dystans dzienny w maju wyniósł 8,11 km.

Jeżeli chodzi o średni czas w maju, to wynosił 5:11/km.

Łączny dystans razem z kwietniem wynosi 379,86 km.

      Poniżej porównanie kwietnia i maja. Oto szczegóły:

W maju przebiegłem o 123,26 km więcej niż w kwietniu.

Średni dzienny dystans w maju był dłuższy o 3,83 km.

Średni czas w maju był gorszy o 3 sekundy.


             Podsumowując maj - był to bardzo udany miesiąc biegowy. Prawie dwukrotnie zwiększyłem dystans. No i dwa udane starty w zawodach, a na sam koniec udana dwudziestka w przepięknym stylu. Cieszę się z tego, że bieganie wychodzi na dobre. Plany na najdłuższe dni w miesiącu są takie, że będę mieć też dużo km, ale nie będzie to na pewno dwukrotnie zwiększony dystans - bynajmnie na jakiś czas. W czerwcu chcę zostawić w niedzielę jako długie wybiegania na 20 km, a nawet chcę zwiększyć do 25 km. Nie wiem, czy czasem w czerwcu nie wyjdzie mi jakiś start w zawodach nieplanowany - tak jak to miało miejsce z zawodami w Ocyplu na 10 km. Mogę się wszystkiego spodziewać. No i z trasą w czwartki muszę pokominować tak by był stały dystans. Chociaż zmieniam trasy co chwilę, więc nigdy nie będę mieć stałego dystansu. Także dużo przede mną i zobaczymy co wybiegam w czerwcu. Aż mnie nosi by dobić licznik do 300 km w miesiącu, a to by był już awans do średnio-zaawansowanego biegania i z pewnością takim dystansem w miesiącu można pomyśleć o staru w półmaratonie. Zobaczymy co będzie.

Zawody w Ocyplu - ,,perfekcyjna dycha"

            Dzisiejszego dnia (30.05.2026) odbyły się zwody w Ocyplu na 10 km. Z racji tej, że miałem powera na biegu w Zblewie na 5 km, gdzie pobiegłem rewelacyjnie, to chciałem sprawdzić jak zachowam się na dyszcze, czy będzie mnie stać na kolejny bardzo udany bieg. Po namowie kilku osób, a szczególnie Jasia postanowiłem, że pojadę na dychę do Ocypla.

              Tego dnia wstałem bardzo szybko - bo już o 06:00 rano. Przez kilka dni nie wiedziałem jak dostanę się na zawody, ale zgadałem się 3 ni przed zawodami z kolegą Krzyśkiem (dziadek) i już wiedziałem, że pojedziemy razem na zwody. Tak jak pisałem wcześniej - ,,tego dnia wstałem szybko, bo o 06:00 rano" No a jak to ja muszę z rana wypić kawę, bo lubię. Wtedy około 7:30 zjadłem 3 gotowane jajeczka kurze. Potem się spakowałem i wziąłem swoje rzeczy startowe i buty. Wtedy pojechałem rowerem do kuzynki, gdzie go zostawiłem. Poczekałem przy stadionie za dziadkiem i ruszyliśmy na zawody o godzinie 9:00 żeby na spokojnie na miejscu odebrać pakiety i sobie zrobić rozgrzewkę. Podczas jazdy Krzysiek mówił, że będzie biegł z kontuzją, bo nogę skręcił. Postanowił, że pomimo kontuzji - zapisuje się na zawody (to jest szacun i zarazem madnes, ale to pokazuje jakim twardzielem jest Krzyś pomimo 64 lat). Na miejscu spotkaliśmy dużo znajomych, z którymi porozmawialiśmy i ten czas do startu mijał w przyjaznej atmosferze. Chwilę po nas przyjechał też Mateusz Spadik i nam towarzyszył ze swoją żoną i dziećmi praktycznie do samego startu, bo Mati też startował. No i przed startem wiadomo odprawa biegowa i punkt 11:00 - padł strzał i zaczęliśmy. Od początku dla mnie to był bardzo udany start, bo zacząłem wolniej, żeby nie było za szybko na początku. Pierwszy km był bardzo dobry, a nie był za szybki i nie za wolny, dlatego miałem czas 04:35.5. W drugim nie poszedłem też za szybko, ale był to najszybszy km trasy i wynosił 04:23.2. Tutaj dogoniłem dziadka i do piątego km biegliśmy razem. Trzeci km - wspólny, tutaj mieliśmy 04:45.4. Czwarty też biegliśmy razem, a czas tego km, to 04:46.4. Pod koniec tego km tuż przed piątką widziałem, że Krzyśkowi kontuzja będzie doskwierać i szybciej nie pobiegnie, więc ja potem pobiegłem sam. No i piąty km (biegłem sam) miałem czas (najgorszy), czyl 04:50.7. Jeszcze chwilę dogonił mnie jeszcze jeden biegacz, ale przyspieszyłem i już resztę trasy biegłem sam, a szósty czas był moim przedostatnim czasem, który widziałem z pomiaru zegarka i wynosił 04:41.2. Reszty czasów do mety nie widziam, dlatego biegłem sobie takim tempem by na spokojnie dobiec do mety. Resztę tych czasów nie widziałem, ale na mecie je analizowałem i tutaj podaję: - 7 km czas 04:42.2. Ósemka o 11s szybsza od siódemki, bo czas wynosił 04:31.3. Czułem już powoli metę i powoli się do niej zbliżałem. Nie wiem gdzie był czas dziewiąty, ale wynosił 8s gorzej od ósemki i wynosił 04:39.3. Ostatni czas bez wątpienia był lepszy, bo kilkadziesiąt metrów biegłem sprintem i czas ostatni, czyli dziesiąty wynosił (na zegarku) 04:35.0. Na mecie wyłączyłem zegarek - w odpowiednim czasie i czas wynosił 00:47:03, ale dystans wynosił 10,15 km. Gdy czekaliśmy aż wszyscy dobiegną do mety, to poszliśmy do auta się przebrać na czysto i czekaliśmy na ceremonię wręczenia nagród. Chwilę jeszcze pirozmawialiśmy z innymi biegaczami i czekaliśmy aż wszyscy dobiegną na metę. Gdy już wszyscy przybievli, to było zliczanie wyników i ostateczne wyniki wyglądały tak:

Najlepsi chłopacy mieli czasy od 3 do 1 takie:

3 miejsce -   Dariusz Jarzyński - czas 40:21.62

2 miejsce -    Plutowski Patryk - czas 38:25.99

1 miejsce - Mateusz Niemczyk - czas 37:59.38

Wśród pań były takie wyniki:

3 miejsce -      Beata Dubiela - czas 46:39.83

2 miejsce -       Agata Barnaś - czas 44:40.60

1 miejsce - Kamila Grzonka - czas 42:34.79

Tak to wyglądało jeśli chodzi o zwycięzców. Powodem do radości było to, że dwaj koledzy z klubu (T.G. Sokół Zblewo) mieli miejsca na podium i pierwszy z nich w swojej kategorii m30-39 - miejsce drugie miał Mateusz Spadik z czasem 45:13.78 oraz 15 w kategorii generalnej. Drugim triumfatorem i zwycięzcą w swojej kat wiekowej m60-69 był dziadek Krzyś, który uzyskał czas 48:54.27 i był 22 w kategorii generalnej. Natomiast ja nie zająłem miejsca na podium, ale mój czas 47:06.11 uważam za bardzo dobry czas, bo byłem 19 w klasyfikacji ogólnej, a 7 w mojej kategorii wiekowej m40-49.

        Tak to wszystko wyglądało jeśli chodzi o zwycięzców. Były jeszcze poszczególne kategorie wiekowe, ale nie zamieszczałem ich tutaj, bo można je sprawdzić pod tym linkiem:

https://elektronicznezapisy.pl/event/14921/results.html#t1

             Po wręczeniu wszystkich nagród były jeszcze nagrody dla wszystkich uczestników i poszczególne nr startowe, które były wylosowane - dostali nagrody. Z naszej trójki zespołu ( Mateusz, ja i dziadek) dostaliśmy wszyscy trzech nagrody, bo wylosowali nasze numery startowe. Jeszcze były nagrody za konkurs, w którym trzeba było zgadnąc, gdzie odbędą się kolejne zawody GP Kociewia. Moja odpowiedź, że w Kwidzyniu zaliczyła się do nagrody i dostałem drugi upominek.

               Po całej ceremoni i wręczeniu nagród wszystkim, którzy mieli szczęście - poszliśmy do biura zawodów, gdzie przed startem odbieraliśmy pakiety startowe i tam poszliśmy zjeść zupę i pączki. Wtedy już z dziadkiem pojechaliśmy do domu.

                Podsumowując te zawody, to powiem, że ogólnie myślałem, że uda mi się przebiec tę dychę w czasie poniżej 44 minut. Jednak coś mnie tknęło żeby pobiec sobie spokojnie. No i tak było. Fakt, że drugi czas był najszybszy, ale nie oznacza, to, że za szybko pobegłem. Pobiegłem idealnie!! Taki start był moim marzeniem, żeby idealnie zacząć i idealnie wbiec na metę. Tego się nie spodziewałem, że tak to będzie wyglądać. Dobra!! Może czas nie jest jakiś idealny, ale za to samopoczucie wspaniałe. Nie żałuję, że tam pojechałem do Ocypla. Kilka zawodów na dychę pobiegnę i wrócę do czasów 44 minuty i poniżej. Tego sobię życzę.