Po wczorajszych zawodach (w Tczwie na dystansie 10 km), w których pogoda nie rozpieszczała i warunki były ciężkie - kolejnym sprawdzianem były zawody na Leśniczówce obok Twardego Dołu, przy jeziorze Niedackim. Tutaj role się odwróciły - pogoda dopisała. Poniżej przedstawimy to w pigułce.
Tego, co tego dnia się wydarzyło, to by się niespodziewali nawet Indianie Tarahumara, bo na te zawody pojechałem z Dżekim oraz Beatą. To był kosmicznie wariacyjny wyjazd z takim trio. To było w stylu Tri Talone. Wcześniej umówieni przez heloł moto - zgadaliśmy się jak gęsi do szeregu. Dżeki z Beatą przyjechali po mnie na domki około godziny 10:40. Wcześniej przygotowany siedziałem sobie przed domem na krzesełku niczym Zucerro w teledysku Baila Morena. Ja byłem ubrany na zielono niczym przebojowe warzywa Bondjuel w barwach klubowych K S Sokół Zblewo. Po kilku minutach dojechaliśmy na leśniczówkę. Beata zaparkowała tak jak na kursach po zdanym egzaminie (nie żeby coś - ale ja nie potrafię jeszcze). Po chwili przygotowywaliśmy się. Ubraliśmy się na cebulkę. Było mi trochę zimno, ale tak ma być. Spotkaliśmy naszego kolegę z marszy na orientację - Spadika. Jak zwykle pełen pozitiv. Jeszcze na pozitiv egzaminu na prawo jazdy trochę sobie poczekam. Potem poszliśmy do biura zawodów po pakiety startowe. Rozmawialiśmy z innymi biegaczami. Jedni traktują to tak na poważnie jakby mieli ubrać krawat i iść do biura namieszać w papierach, zaś inni całkowicie fristajlo rakamako for. Takie podejście, to nasza trójka miała, bo prawda Mariuszkowa jest taka - im bardziej się spinasz - tym gorzej, bo wyniku nie zrobisz. No i jak to zawsze bywa zanim robiliśmy rozgrzewkę, to zawsze ta toaleta. Nie żeby jedynka, ale dwójka!!! Ah te dwójki. Du ju hev drobne? No i gdy już byliśmy lżejsi o 800 mg (mikrogramów), to poszliśmy robić rozgrzewkę. Zanim jednak udaliśmy się na rozgrzewkę, to robiliśmy sobie fotki. Ja z Sokołami i potem nasza święta trójca Lupino. Wyglądaliśmy jak profesjonalni biegacze. Beatka jak zwykle drobna dziewczyna, ale charakter twardo postawiony jak ze stali nierdzewnej, bo przyjechała na zawody, żeby tą piątkę utopić w jeziorze. Dżeki niczym Viking strzeżony swojego miejsca i polujący z łukiem strzelającym do piątego koła od wozu. Ja po wczorajszym dniu przyjechałem wołać do Boga THE FLAME o zemstę za wczoraj. No i z radością na uśmiechu poszliśmy zacząć rozgrzewkę. Z początku lekkie rozbieganie, żeby nogi się rozbujały jak za młodu my na huśtawce. Następnym zadaniem były sprinty. Kiedyś mieliśmy kolegę Marka Szpręgę pseudonim sprinter. Robiliśmy 4x po około 100m ile fabryka dała, żeby nogi wiedziały, że mają zapierdalać. Po to je zatrudniłem, żeby szli jak kuna w agreście. We trójkę zrobiliśmy sprinty, a wtedy zaczął padać deszcz. Dla mnie to było jak grom z nieba, bo jeśli taka pogoda będzie dłużej, to cały misterny plan pójdzie w pizdu. Na szczęście, to było tylko takie małe załamanie i to były Tears of the Sun, czyli łzy Słońca. Po rozgrzewce ponieśli mnie diabli do babki klozetowej i musiałem wydusić to z siebie. Beata z Dżekim przeczekali chwilę ten deszcz, no i później przed startem spotkaliśmy się. Jak to przed startem bywa - każdy sobie życzy powodzenia i jest miła atmosferka. Po chwili wójt trzymał pistolet i było odliczanie od pięć do zera i padł strzał niczym moc z super snajperki. Tuta poczułem zupełnie coś innego niż wczoraj - poczułem wielką energię!!! Od początku wiedziałem czego chcę i od początku biegłem tyle ile mogłem, ale też z rozwagą. Pierwszy kilometr zacząłem bardzo dobrze i wiedziałem, że jest dobrze, bo czas wyniósł 4:17/km. Nie chcąc za szybko drugiego kilometra przebiec - próbowałem zwolnić, ale świadomość uświadomiona przez świadomość do pierwiastka pi - nie pozwoliła mi na to, bo przecież biegam u siebie, na moich trasach, które biegam na codzień - no i nawet diabeł mnie nie zatrzymał, a czas był jeszcze szybszy i wyniósł 4:13/km. Wtedy miało być regulowanie tempa i chciałem ze wszystkich sił to trzymać, ale trzeci kiometr zwolniłem aż o 12s i czas wyniósł 4:25/km. Myślałem, że już będzie zero czyli nic, ale nie nie Mariuszek. Trenujesz tutaj na codzień - nie poddawaj się!!! To pomogło!!! Czwarty czas poprawiłem o 5 sekund i wyniósł 4:20/km. Kryzys zażegnany!!! Motywacji dostałem i mówię do siebie dawaj - ostatni kilometr!!! Otuchy jeszcze mi dodał 700m przed metą trener i mówił dawaj Mariusz końcówka 700m!!! To co tutaj się stało, to było niczym przebudzenie smoka. Gdy trener podniósł mnie na duchu, to wtedy przyspieszyłem, ale jeszcze nie na maksa. Ten maks, to 100m przed metą - pobiegłem na zabój!!! Czego efektem był czas 4:02/km. Całkowity czas wyniósł 21:19 i to jest moja życiówka na 5 km, która została pokonana z 27.06.2026 w Tczewie z Flex na 5 km, gdzie czas wynosił 21:46. A więc czas został pokonany o 27s. Wbiegając na metę czułem się przez chwilę ciężko, ale szybko doszedłem do siebie. Po chwili kibicowałem kolejnym zawodnikom i z naszego Sokoła, z drugiego i wszystkim, którzy wbiegali na metę. Po chwili biegł Dżeki na metę z czasem 22:50, czyli po około półtorej minuty po mnie. Po czterech minutach i pięciu sekundach po Dżejku - na metę wbiegła Beata z czasem 26:55. To było piękne - nasza trójka pobiegła pięknie i wszyscy jesteśmy zadowoleni z wyniku. Po chwili rozmawialiśmy sobie z kolegami i innymi biegaczami i poszliśmy na wyżerkę na ognisko. Piekliśmy sobie kiełbaski jak za starych dawnych lat na marszach na orientację. Poczułem się jak niezorientowany w orientacji i wariacji. Gdy już sobie wyżerkę zrobiliśmy, to wtedy udaliśmy się na zakończenie zawodów, czyli rozdanie nagród dla najlepszych. Podium było tak obsadzone, że większość kategorii wiekowej zajęli nasze zielone Sokoły. A zdarzało się, że nawet dwie osoby z jednej kategorii byli na podium. Po rozdaniu nagród impreza była zakończona. Na koniec było losowanie nagród, ale to było tak, że jedna dziewczynka miała typować numery niczym maszyna w totolotka. Po wszystkim jeszcze wszyscy poszliśmy zrobić sobie wspólne zdjęcie z wójtem.
Podsumowując te zawody, to muszę przyznać, że organizacja imprezy była na wielkim poziomie. Zawody były przygotowane perfekcyjnie, ale był jeden mały kruczek - taki jak zawsze jest pisany drobnym druczkiem, żeby nie można było się rozczytać - trasa biegu miała być jednak dycha, bo te tereny pozwalają na to by zorganizować taki dystans i mam trochę do tego żal, ale nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło. Na zakończenie jeszcze raz bardzo wielkie gratulacje dla Beaty i Dżekiego, żeście mi dali tą - chyba nawet swoją energię, bo z wami czułem się świetnie i dzięki Wam ,,Mam super moce"!!! Mam nadzieję, że jak czas pozwili, to nie raz wyjedziemy na wspólne zawody - tego życzę nam.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz