niedziela, 19 lipca 2026

Chojnicka piątka - ,,na piątkę z minusem"

                  Dzisiejszego dnia - no dobra już jakby wczorajszego bo go piszę po północy - odbył się bieg w Chojnicach na 5 km. Przypomnę sobota 18.07.2026. Do piątku jeszcze nie wiedziałem jak pojadę na ten bieg. Jednak kolega dziadek jest jak ,,czyściciel zawodów" i po prostu już później wiedziałem, że jedziemy razem. Jeśli chodzi o mnie, to w czerwcu - miałem dość strat i z racji tej, że miałem dwa dni bieganie opuszczone przez chorobę, to na dodatek - miałem mało km. Teraz trafiło się tak, że w ten wtorek zrobiłem sobie - po poniedziałku - drugą z rzędu przerwę. No a jak są dwie przerwy z rzędu, to trzeba biegać 5x z rzędu wliczając w to zawody, dlatego biegałem wyjątkowo w piątek (dzień przed zawodami). Kilka dni przed zawodami dowiedziałem się, że są one na 17, czyli późno, a byłem przekonany, że rano. Ogółem to nie był problem, ale jakoś energia biegania ze mne spadła. Bóg THE FLAME jakby mnie opuścił i zostawił sobie mnie ,,na kolację", albo ,,wisienkę na torcie". A wracając do zawodów, to było to tak:


                       Gdy już wczesniej wiedziałem, że z dziadkiem pojadę na zawody, to się umówiliśmy, że wyjedziemy ze Zblewa o 14:00, to będąc u mamy wcześniej się zapakowałem i czekałem aż dziadek przyjedzie. Niespodzianką było, to, że jeszcze nie było 14-tej, a dziadek był u mamy. No to ubrałem buty i wyszedłem. Wyjechaliśmy o 13:50 od mamy. Ja będąc po wczorajszym treningu (w piątek jakby co) - nie czułem tych zawodów, ale czułem, że dostanę wpierdol. Po prostu czułem, że głowa chce, a nogi nie. Po drodze wiadomo żarty były, kto komu dojebie. Się śmiałem, że ja dziadkowi dojebie, a za chwilę mówiłem do dziadka, że skoro ja wygrałem w Skórczu z tobą, to dzisiaj ty mi dojebiesz, bo musi być po równo - raz ja wygrywam, raz ty. Gadaliśmy sobie i po około 50 minutach byliśmy w Chojnicach. Śmiałem się, że znam każdą ulicę tutaj, bo zdaję tutaj prawo jazdy i jak na razie bilans jest taki, że 6x nie wyjechałem z placu i 6x wyjechałem. To 13 raz musi być zdany, a czy będzie - może jo, bo muszę się najpierw zapisać. Gdy już znaleźliśmy miejsce parkingowe, to poszliśmy do biura zawodów po pakiety startowe. Poszukaliśmy naszych sokołów i zamieniliśmy sobie kilka słów z nimi. Wtedy jeszcze jeden typ co jest w naszym sokole zdenerwował mnie i dziadka, bo mówimy do niego, że też jesteśmy zielony sokół, a on ,, niebieski, zielony, a zaraz może filoetowy" - taka głupia odzywka. Wkurzył nas tym. No i jeszcze porozmawialiśmy sobie z taką fajną taką pozytywną dziewczyną Justyną, z którą tydzień temu na zawodach w skórczu rozmawialiśmy. No i trochę jeszcze poszliśmy robić rozgrzewkę i potem toaleta szybka i wtedy z dziadkiem się już nie widziałem. Dwie minuty przed startem włączyłem zegarek i sobie myślę, że już nie załapie gpsa. No i jeszcze mała wzmianka - biegałem w innych butach i nie byłem pewien jak w nich pobiegnę. No i gps o dziwo załapał w trakcie strzału, a ja miałem kilka metrów do pomiaru czasu, a początek był ciasny. No i z racji tej, że po toalecie miałem mało czasu, to ustawiłem się bardziej z tyłu. No i w końcu się zaczęło. Początek było tak ciasno, że nawet się nie przebijałem, bo nie chciałem za szybko biec, dlatego pierwszy km wynosił 4:42/km. Drugi czas był taki sam wynosząc 4:42/km. Od trzeciego przyspieszyłem i miałem czas 4:30/km. Postraszyli od czwartego km górką, ale ja na codzień na trasie trenuję po górkach i się dobrze czuję, więc czwarty km jeszcze był szybszy i wynosił 4:19/km. No i ostateczny - dzięki temu, że na stadionie przyspieszyłem - piąty km wynosił 4:18/km. Całkowity czas wyniósł 22:33. Ucieszyłem się z kolejnych zawodów i z wyniku też. Po mecie zauważyłem dziadka Krzysia i mi coś nie pasowało, bo zdziwiłem się, że był przede mną, bo ja go na starcie nigdzie nie widziałem. No i poszliśmy do samochodu się przebrać, ale ja jak zwykle roztrzepany, to zapomniałem wziąć skarpetek na przebranie i musiałem mieć ubrane te buty co w nich startowałem. Wziąłem bon na żywność, który był w pakiecie. Poszliśmy jeszcze na stadion i znowu spotkaliśmy Justynkę (te pozytywną dziewczynę), która zapraszała na śliwicką dychę. No szczerze powiem, że brzmi kusząco, bo dyszkę biec lubię. Wtedy poszedłem odebrać jedzonko - kiełbaskę z grila i porozmawiałem sobie z biegaczami. Jedna dziewczyna poznała mnie ze Skórcza i też na imię ma Justyna i też wariacyjna kobietka. No i poszedłem drugi raz po kiełbaskę, bo Krzysztof dziadek nie chciał, to wziąłem za niego. Czekając w kolejce poznałem tajemniczy - znajomy głos, który nie mógł należeć do nikogo innego jak do Zbyszka Świerczyńskiego. Co za spotkanie!!! Przypomnieliśmy zaraz sobie zawody, w których startowaliśmy. Wszystkie wizje miałem w oczach. Bardzo się ucieszyłem. To kurcze tak zleciało, bo Zbysiu ma już 78 lat i ciągle wygląda młodo. Szacun naprawdę szacun, że pomimo iż jest niewidomy, to biega. To jest piękne. No i gdy odebrałem drugą porcję, to porozmawialiśmy jeszcze z sokołami, bo byli z tyłu za Zbyszkiem i Kamila chciała mnie przekonać żebym słuchał trenera. Wiem, wiem, wiem, że ma racje, ale ja wolę biegać po swojemu i tyle. Chcę czuć radość, chcę czuć zmęcenie po długim wybieganiu i to mnie kręci. A czasy będą lepsze. Wtedy wszyscy poszliśmy na rozdanie nagród i losowanie nagród. Trochę to zajęło, bo były różne losowania. Mi udało się zdobyć karnet na siłownię w Chojnicach, ale niestety go nie wykorzystam, bo za daleko. Z naszej ekipy Kamila była trzecia na podium w swojej kategorii wiekowej i jeszcze pod koniec udało jej się wygrać los bon do sklepu biegacza o wartości 700 zł. Super dzień dla niej. Ja nie zazdroszczę, ale się cieszę - niech ma dziewczyna. Po wszystkich losowaniach pojechaliśmy do domu.


                          Podsumowując te zawody, to powiem tak - może i zrobiłem słaby wynik spowodowany piątkowym treningiem, ale za to czuję się bardzo dobrze, bo pobiegłem po raz kolejny te zawody z głową - początek wolniej - a później przyspieszyłem. Dałem podtytuł 5 z minusem, bo dzień przed zawodami się nie robi treningu dlatego 5 była o z takim minusem -. Z drugiej strony w tygodniu nie czułem, że jakiś wynik zrobię, ale źle też nie jest. Cieszy mnie to, że zawody są udane i wracam do swojego biegania. Niedziela 16,5 km już pobiegłem, ale o tym na fb.

              

sobota, 11 lipca 2026

Bieg czterech jezior - ,,przebudzenie smoka"

                 Dzisiejszego dnia - 11.07.2026 (sobota) - odbył się bieg w Skórczu na 15 km. Ten bieg był wielką niewiadomą jak mam wystartować i czy będę mieć nr startowy - czy też nie. Do czwartku był to znak zapytania - o taki ? Wczoraj już wiedziałem, że jo - udało się tak, że będę biegał z numerem startowym. Ucieszyłem się, że tak się udało. Wczoraj miałem przerwę, więc na spokojnie sobie przemyślałem jak będę biegł. Ładowałem energię na dzisiaj. 

                       Po wyspanej nocy, wstałem rano i zgadałem się z kolegą Krzyśkiem, że będziemy ze Zblewa wyjeżdżać o ósmej rano. Z racji tej, że kolega Michał - wczoraj odebrał mój pakiet startowy ze Skórcza, to miałem wczoraj już w domu. W pakiecie było to bardzo dobrą inicjatywą, że chip był wbudowany w numerku startowym ( a nie, że trzeba go wiązać do buta - tylko z tym problem jest).  No i gdy już miałem w domu pakiet startowy (szkoda, że bez koszulki), to pojechałem do Zblewa na noc do mamuśki, ale byłem sam, bo mama mi klucze zostawiła wcześniej w mojej skrzynce pocztowej. Jeszcze wczoraj sobie frytki zjadłem na wieczór i chwilę jeszcze posiedziałem i potem poszedłem spać. Rano wstałem już o siódmej godzinie żeby sobie na spokojnie kawę wypić i żeby niczego na zawody nie zapomnieć. Dzień wcześniej kolega, z którym jadę na zawody powiedział, że zachorował, ale bez obaw - pojedziemy na zawody. Wszystko sobie przygotowałem i o godzinie ósmej wyjechaliśmy na zawody. Na miejscu (w Skórczu) byliśmy po 8:30. Poszukaliśmy sobie parking tak, że nasz samochód był w zacienionym miejscu. Następnie udaliśmy się do biura zawodów, bo Krzysiek musiał odebrać swój pakiet startowy. Popatrzeliśmy sobie jeszcze na zawodników, którzy startowali na dystansie 5 km. Poszliśmy potem na stoisko brooks, bo Krzysiek rozglądał się za skarpetkami, ale widzieliśmy te ceny, tozrezygnowaliśmy (chociaż szczerze gdybym miał kasy więcej, to na pewno bym coś kupił). Rozglądaliśmy się czy nie ma gdzieś naszych sokołów. Znaleźliśmy kilku i nawet naszego trenera poszukaliśmy. Porozmawialiśmy chwilę i potem wróciliśmy do samochodu się przebrać już startowo. Miałem jeszcze problemy z paskiem biegowym bo raz był za luźno raz za ciasno. Męczyłem się z nim i potem Krzysiek mi go ustaił (co dwie głowy, to nie jedna). Jeszcze trochę poprawiłem, bo był za ciasno. Gdy już zrobiłem, to wtedy pochodziliśmy zrobić sobie rozgrzewkę. Tam jeszcze raz spotkaliśmy naszego trenera - dał nam wskazówki jak biegać. Na rozgrzewce spotkaliśmy naszą Kamilę i resztę drużyny. Po rozgrzewce - około 10 minut przed startem włączyłem gps-a aby się namierzył. Sygnał załapał nawet szybko jak na niego, bo się włączył około czterech minut przed startem. Strzał startera i się zaczęło.

                  Dla mnie ten dystans - jeśli chodi o zawody - był dla mnie nowy, bo historia piętnastokilometrówki zaczęła się, gdy biegałem bieg zaślubin w Kołobrzegu 16.03.2014 roku, kiedy to biegałem nie dość, że z osobą niewidomą - będąc jego przewodnikiem - to na dodatek dzień przed zawodami ( nie wiem dlaczego) zrobiłem trening. Wszystko ok, ale ten trening był o 3 w nocy (z czwartku na piątek) i mnie pogryźli psy Bosia. Z początku myślałem, że nie wystartuję, ale się nie poddałem i pomimo wszystko nie zrezygnowałem i pojechałem na zawody, ale w piątek rano byłem u lekarza i opatrzył oraz zdezynfekował mi ranę, a dzięki temu mogłem wystartować. Zawody nie były udane, bo mnie noga bolała, ale nie myślałem o bólu. Ten dzień zawodów pomimo tego wszystkiego był udany, bo wylosowałem tablet. Natomiast samo bieganie też złe nie było, bo nawet mieliśmy dobry czas, bo pomimo iż byłem pogryziony przez psy, to czas 01:12:23 nie był złym czasem, tym bardziej, że tempo to 4:49/km. To było 12 lat temu. Teraz dzisiejsze zawody były inne. Ta historia tworzy się na nowo. Tutaj we mnie coś się obudziło i wiem co to - to Bóg THE FLAME. A gdy u mnie on się obudzi, to przetrwam wszystko. To się obudziło dzisiaj. Tak wyglądały poszczególne moje płomyki kilometrowe na trasie:

                          Zaczynając start nie byłem pewien czego się spodziewać, bo to druga moja styczność z tym dystansem, dlatego nie zamierzałem zacząć za szybko, ani też za wolno, ale z rozsądkiem. Gdy zaczął się start - to nie było zmiłuj się - trzeba dawać ognia, ale też tak, żeby go za szybko nie wypalić. Start zacząłem bardzo dobrze, bo z planowanego czasu (5:00/km) urwałem 5s i pierwszy czas wyniósł 4:55/km, to była taka granica, że mogłem sobie na to pozwolić. Czułem się bardzo dobrze i szłem za ciosem. Drugi km przyspieszyłem do 4:37/km. Cały czas była pełna kontrola czasow, żeby nie spalić i nie pobiec za szybko. Trzeci km, zwolniłem, bo ten drugi był za szybki i go musiałem skorygować do 4:47/km. To wszystko działo się tak szybko, że trzeba było podejmować mądre decyzje - nie spiesz się na spokojnie. Tutaj przypomniały mi się słowa trenera, który mówił przed startem - nie ważne jak wystartujesz - ważne jak ukończysz! Biegając początek, to postanowiłem, że pobiegniemy razem z Krzyśkiem. Jednak Krzyś pierwszy km pobiegł szybciej ode mnie, a ja biegłem po swojemu. Na drugim go dogoniłem i biegliśmy razem. Wracając do czasów, to czwarty km był taki sam jak trzeci wynosząc niezmienne 4:47/km tutaj jeszcze biegliśmy razem. Piąty km - też biegliśmy razem i czas tego km - był o sekundę lepszy wynosząc 4:46/km. Od szóstego km lekko przyspieszyłem, gdzie czas wynosił 4:43/km i tutaj już biegłem sam - oddalając się. Siódmy km wynosił tyle samo co piąty -  wynosząc 4:46/km. Ósmy był wolniejszy, bo była zmiana terenu na bardziej leśną trasę i było zróżnicowanie - raz z górki raz pod górkę. Dziewiąty km wynosił 4:56/km. Wreszcze druga (z część i dziesiąty km, gdzie lekko przyspieszyłem, a czas wyniósł 4:52/km. Jedenasty czas wynosił też 4:52/km. Dwunasty km wynosił o sekundę gorzej wynosząc 4:53 km. Trzynasty km, była długa prosta i tutaj zwolniłem, bo złapał mnie lekki kryzys, ale i tak dobrze się czułem. No ale czas był aż o 9s gorszy od dwunastego i wynosił 5:02/km. Tutaj sobie obliczałem i liczyłem sobie - jaki mogę mieć czas ostateczny na mecie. Gdy mniej więcej sobie to obliczyłem, to sobie myślę, że mogę mieć czas nawet 1h 10m. Wtedy skorzystałem - z wcześniej zmagazynowanej rezerwy aby przyspieszyć, żeby uzyskaćczas poniżej 1h 12m. Dostałem tutaj motywacji - czułem przypływ energii  - Boga - THE FLAME i dosyć mocno przyspieszyłem, bo jak trzynasty km wynosił 5:02/km - tak czternasty wynosił 4:41/km. Pozostał ten ostatni już niedaleko - meta jest blisko. Byłem już dosyć zmęczony, ale biegłemvdalej mniej więcej tym tempem. Chwila tutaj zatrzymajmy się do momentu, gdzie zostało około 400m do mety.

                         Gdy tutaj na trasie około te 400m do mety - trener krzyknął ,, dawaj Mariusz!", to wtedy poczułem w sobie energię THE FLAME dając okrzyk i stało się - uwlniłem moc super saiyana i nie patrząc na nic - leciałem czasem na 2:52/km. Ten ogień trwał przez około minutę i na chwilę zgasł, ale po chwili ponownie go obudziłem i do mety już nie zgasł. Zgasł na po przekroczeniu mety, wtedy było mi słabo przez chwilę, ale zaraz doszedłem do siebie. Przez jakiś czas nie wiedziałem jaki był mój wynik, ale wiedziałem, że na pewno poniżej 1h 12m. Dzięki tej mocy piętnasty km wynosił 4:19/km, a całkowity czas  01:11:52. Tempo wyniosło 4:47/km. Po mecie szedłem w kierunku trenera - w miejscu gdzie mi dopongował ale go tam nie było. Wtedy ja kibicowałem przez jakiś czas innym zawodnikom. Po jakimś czasie wróciłem na miejsce mety i poszedłem coś zjeść. Szukałem naszych sokołów i gdy się odnaleźliśmy, to wtedy szukałem kierowcy Krzyśka. Gdy go znalazłem, to poszedłem do samochodu się przebrać na czysto. Wróciliśmy na pole i spotkaliśmy trenera. Porozmawialiśmy jeszcze chwilę i musiał już wyjechać. Wtedy chciałem jeszcze zjeść, ale jeden biegacz przede mną - dostał ostatnią zupę i już nie było, ale ci co wydawali zupę powiedzieli, że zaraz przyjadą z dostawą. Byłem głodny, więc wolałem poczekać żeby nie stać w kolejce, bo byłem jako pierwszy. Po około piętnastu minutach - doczekałem się - zupę przywieźli. Po chwili lekko padał deszcz, ale sobie spokojnie zjadłem zupę. Była tak dobra, że po chwili - bo już nie było kolejki - przyszedłem po dokładkę-  i dostałem. Kończyły się biegi dla dzieci i po chwili poszukałem Krzyśka, do którego zadzwoniłem gdzie jest. Był w aucie i wziąłem go i razem poszliśmy na rozdanie wszystkich nagród. Najpierw dzieci, dla których były dwa rowery. Potem nagrody dla Nordik Walking, dla biegających na 5 km. No i wreszcie dla nas startujących na bieg główny - na 15 km. Z naszego klubu dwie osoby stanęły na podium - pierwsza - w klasyfikacji kobiet nasza dzielna Kamila Grzonka, która wśród pań była trzecia. Druga osoba, to nasz Krzysztof Podlaski, który w swojej kategorii wiekowej M 60-69 - był trzeci. Na zakończenie było jeszcze losowanie dla każdego nagród i z naszego klubu nagrodę wylosowała Monika. Ogromne gratulacje dla wszystkich - nie tylko z naszego klubu, ale i też tych co wygrali. Po wszystkim pojechaliśmy z Krzyśkiem do domu.

                         Podsumowując te zawody - to powiem że były one udane, ale to były moje drugie zawody na tym dystansie - 15 km, więc nie mogę ich do niczego porównywać - tym bardziej, że poprzednie były 12 lat temu. Gdy więcej takich zawodów na ten dystans pobiegnę, to mogę wtedy cokolwiek porównać. Najbliższą okazję będę mieć za rok w tych samych zawodch w jubileuszowym XX biegu 4 jezior. Póki co te zawody były bardzo udane i oby więcej razy udało mi się na ten dystans pobiec, co będzie jakieś porównanie.

poniedziałek, 6 lipca 2026

Biegowy rachunek sumienia - czerwiec 2026 - ,,różne zwroty akcji".

                    Miesiąc czerwiec kojarzy się z latem ciepłem i piękną pogodą. No i można powiedzieć, że taki był. Natomiast z biegowej strony wygląda to inaczej, bo czerwiec kojarzy się dobrymi wynikami w zawodach - chyba, że ekstremalne warunki komuś nie sprzyjają, to nie będzie wyników. Początek miesiąca był dla mnie taki, że biegałem swoje bieganie i miałem swój plan treningowy i jego się trzymałem. Biegałem po prostu dla rozrywki i to co wyjdzie na treningu - tak będzie. Zmiana nadeszła w niedzielę 07.06.2026, kiedy to biegłem na treningu 20 km i na trasie spotkałem - najpierw Karolinę - i chwilę biegliśmy razem, ale ja już nie mogłem, to gdy zrobiłem 20 km i skończyłem trening, a potemszedłem sobie bo było bardzo ciężko i już szedłem do domu. Następnie na trasie (gdzie jest przy szkole długa prosta droga między polami - spotkałem drugą koleżankę z klubu K S Sokół Zblewo - Kamilę. Pomimo zmęczenia i już dużego wysiłku - dobiłem z Kamilą jeszcze jeden km, ale wolnym tempem. Mówię, że tego dnia nadeszła zmiana, bo co prawda zapisałem się do klubu, ale nie byłem pewien, czy się sprawdzę - czy chcę biegać dla siebie indywidualnie i robić swoje, czy jednak wybrać klub i razem biegać we wtorki i czwartki w klubie? Długo biłem się z myślami - i nawet chciałem powiedzieć do Kamili, że jednak nie chcę dołączyć do klubu, ale nie chciałem robić tej przykrości Kamili, bo ją szanuję.No i przypomina mi się też moment, że był przykro jak dołączyłem wcześniej do T.G. Sokół Zblewo, a kiedyś obiecałem Kamii, że do jej klubu dołączę. No i żeby nie robić przykrości, że odchodzę, to postanowiłem, że zobaczę jak to będzie? Czy będzie mi to pasowało? Czy dam radę? Będę mieć trenera, czy uda mi się dostosować treningi od trenera? I w końcu - Czy będę mieć z tego radość? 9 czerwca wtorek był moim pierwszym treningiem w klubie. Poczułem się dobrze i pomimo buntu głowy zaryzykowałem i udało się - trening był udany. Przez następne dni jeszcze nie mogłem się do tego przyzwyczaić, ale z treningu na trening było coraz lepiej. Przełomem były zawody w Gniewie. Na prawdę tutaj się przełamałem. Pobiegłem te zawody już jako K S Sokół Zblewo i miałem inne podejście. Tutaj się zatrzymamy. Po dwóch udanych zawodach 23 maja w Zblewie na 5 km i 30 maja w Ocyplu na 10 km - trzy dni przed zawodami (przed dychą w Gniewie) - zaczęły mnie nerki boleć i wiedziałem, że zawody będą słabe - a nawet start stał pod znakiem zapytania. Jednak chcieliśmy jako drużyna mieć miejsce na podium, to musiałem zawody ukończyć. Temperatura była wysoka, ale mi to nie przeszkadzało i gdy zacząłem od czasu 5:00/km, to myślałem, że bardzo dobrze zacząłem - nic bardziej mylnego - to był najlepszy czas!!! - Bo następne były coraz gorsze!!! A najgorszy, to 9 km, gdzie czas wyniósł 6:46/km!!! Tak!!! Takich czasów na treningach nawet nie mam!!! Jeszcze na tych zawodach - z jednej strony - zadwałem sobie pytanie - Po co się zapisałem do klubu, skoro to była moja najgorsza dycha w historii biegania?! (Przypomnę, że czas to 00:58:00, średnie tempo, to 5:48/km). I tak to nic nie pomoże!!! Następny tydzień był jeszcze ciężki przez dwa treningi, ale od 25 czerwca nabierałem sił i było coraz lepiej. 27 czerwca pojechałem z kolegą Krzyśkiem na zawody do Tczewa na 5km - (bieg wieczorny, bo zaczął się o 19). Dlaczego przypominam - bieg wieczorny? Bo mam dobre wspomienia z Nocnego Biegu Świętojańskiego z Gdyni, gdzie kiedyś biegałem 10 km w czasie 40:27 (4:03/km). Tutaj przyjmę, że te 5 km, które biegłem w Zblewie z czasem 21:52 - był moim najlepszym czasem - tak i w Tczewie jak i w Gdyni - pobiłem swój czas życiowy (ze Zblewa) - wynoszący 21:46, czyli pobity o 6s. Tutaj mnie po prostu niosło. I po zawodach w Gniewie - mówiłem, że się zemszczę - i zemściłem! To tak wyglądały czerwcowe zwroty akcji. Natomiast kilometrowo w czerwcu wygląda, to tak:

              Biegowo czerwiec był mniej obfity w km niż maj. W czerwcu przebiegłem 219,38 km. Średni dystans dzienny w czerwcu wynosił 7,313 km. Natomiast średni czas w czerwcu wynosił 5:20/km.

               Podsumowując i porównując maj i czerwiec, to wygląda, to tak, że w maju miałem o 32,18 km więcej. Średni dzienny dystans w maju był większy o 0,802 km. Natomiast średni czas w maju - wynoszący 5:11/km - był lepszy niż w czerwcu o 9s.

                 Na koniec najważniejsze - łączny dystans od 1 kwietnia do 30 czerwca wynosi - 599,24 km.

                 Zobaczymy co przyniesie lipiec i jak będzie obfity w bieganie, bo napewno chcę biegać więcej tych kilometrów. Oby tak było.