sobota, 11 lipca 2026

Bieg czterech jezior - ,,przebudzenie smoka"

                 Dzisiejszego dnia - 11.07.2026 (sobota) - odbył się bieg w Skórczu na 15 km. Ten bieg był wielką niewiadomą jak mam wystartować i czy będę mieć nr startowy - czy też nie. Do czwartku był to znak zapytania - o taki ? Wczoraj już wiedziałem, że jo - udało się tak, że będę biegał z numerem startowym. Ucieszyłem się, że tak się udało. Wczoraj miałem przerwę, więc na spokojnie sobie przemyślałem jak będę biegł. Ładowałem energię na dzisiaj. 

                       Po wyspanej nocy, wstałem rano i zgadałem się z kolegą Krzyśkiem, że będziemy ze Zblewa wyjeżdżać o ósmej rano. Z racji tej, że kolega Michał - wczoraj odebrał mój pakiet startowy ze Skórcza, to miałem wczoraj już w domu. W pakiecie było to bardzo dobrą inicjatywą, że chip był wbudowany w numerku startowym ( a nie, że trzeba go wiązać do buta - tylko z tym problem jest).  No i gdy już miałem w domu pakiet startowy (szkoda, że bez koszulki), to pojechałem do Zblewa na noc do mamuśki, ale byłem sam, bo mama mi klucze zostawiła wcześniej w mojej skrzynce pocztowej. Jeszcze wczoraj sobie frytki zjadłem na wieczór i chwilę jeszcze posiedziałem i potem poszedłem spać. Rano wstałem już o siódmej godzinie żeby sobie na spokojnie kawę wypić i żeby niczego na zawody nie zapomnieć. Dzień wcześniej kolega, z którym jadę na zawody powiedział, że zachorował, ale bez obaw - pojedziemy na zawody. Wszystko sobie przygotowałem i o godzinie ósmej wyjechaliśmy na zawody. Na miejscu (w Skórczu) byliśmy po 8:30. Poszukaliśmy sobie parking tak, że nasz samochód był w zacienionym miejscu. Następnie udaliśmy się do biura zawodów, bo Krzysiek musiał odebrać swój pakiet startowy. Popatrzeliśmy sobie jeszcze na zawodników, którzy startowali na dystansie 5 km. Poszliśmy potem na stoisko brooks, bo Krzysiek rozglądał się za skarpetkami, ale widzieliśmy te ceny, tozrezygnowaliśmy (chociaż szczerze gdybym miał kasy więcej, to na pewno bym coś kupił). Rozglądaliśmy się czy nie ma gdzieś naszych sokołów. Znaleźliśmy kilku i nawet naszego trenera poszukaliśmy. Porozmawialiśmy chwilę i potem wróciliśmy do samochodu się przebrać już startowo. Miałem jeszcze problemy z paskiem biegowym bo raz był za luźno raz za ciasno. Męczyłem się z nim i potem Krzysiek mi go ustaił (co dwie głowy, to nie jedna). Jeszcze trochę poprawiłem, bo był za ciasno. Gdy już zrobiłem, to wtedy pochodziliśmy zrobić sobie rozgrzewkę. Tam jeszcze raz spotkaliśmy naszego trenera - dał nam wskazówki jak biegać. Na rozgrzewce spotkaliśmy naszą Kamilę i resztę drużyny. Po rozgrzewce - około 10 minut przed startem włączyłem gps-a aby się namierzył. Sygnał załapał nawet szybko jak na niego, bo się włączył około czterech minut przed startem. Strzał startera i się zaczęło.

                  Dla mnie ten dystans - jeśli chodi o zawody - był dla mnie nowy, bo historia piętnastokilometrówki zaczęła się, gdy biegałem bieg zaślubin w Kołobrzegu 16.03.2014 roku, kiedy to biegałem nie dość, że z osobą niewidomą - będąc jego przewodnikiem - to na dodatek dzień przed zawodami ( nie wiem dlaczego) zrobiłem trening. Wszystko ok, ale ten trening był o 3 w nocy (z czwartku na piątek) i mnie pogryźli psy Bosia. Z początku myślałem, że nie wystartuję, ale się nie poddałem i pomimo wszystko nie zrezygnowałem i pojechałem na zawody, ale w piątek rano byłem u lekarza i opatrzył oraz zdezynfekował mi ranę, a dzięki temu mogłem wystartować. Zawody nie były udane, bo mnie noga bolała, ale nie myślałem o bólu. Ten dzień zawodów pomimo tego wszystkiego był udany, bo wylosowałem tablet. Natomiast samo bieganie też złe nie było, bo nawet mieliśmy dobry czas, bo pomimo iż byłem pogryziony przez psy, to czas 01:12:23 nie był złym czasem, tym bardziej, że tempo to 4:49/km. To było 12 lat temu. Teraz dzisiejsze zawody były inne. Ta historia tworzy się na nowo. Tutaj we mnie coś się obudziło i wiem co to - to Bóg THE FLAME. A gdy u mnie on się obudzi, to przetrwam wszystko. To się obudziło dzisiaj. Tak wyglądały poszczególne moje płomyki kilometrowe na trasie:

                          Zaczynając start nie byłem pewien czego się spodziewać, bo to druga moja styczność z tym dystansem, dlatego nie zamierzałem zacząć za szybko, ani też za wolno, ale z rozsądkiem. Gdy zaczął się start - to nie było zmiłuj się - trzeba dawać ognia, ale też tak, żeby go za szybko nie wypalić. Start zacząłem bardzo dobrze, bo z planowanego czasu (5:00/km) urwałem 5s i pierwszy czas wyniósł 4:55/km, to była taka granica, że mogłem sobie na to pozwolić. Czułem się bardzo dobrze i szłem za ciosem. Drugi km przyspieszyłem do 4:37/km. Cały czas była pełna kontrola czasow, żeby nie spalić i nie pobiec za szybko. Trzeci km, zwolniłem, bo ten drugi był za szybki i go musiałem skorygować do 4:47/km. To wszystko działo się tak szybko, że trzeba było podejmować mądre decyzje - nie spiesz się na spokojnie. Tutaj przypomniały mi się słowa trenera, który mówił przed startem - nie ważne jak wystartujesz - ważne jak ukończysz! Biegając początek, to postanowiłem, że pobiegniemy razem z Krzyśkiem. Jednak Krzyś pierwszy km pobiegł szybciej ode mnie, a ja biegłem po swojemu. Na drugim go dogoniłem i biegliśmy razem. Wracając do czasów, to czwarty km był taki sam jak trzeci wynosząc niezmienne 4:47/km tutaj jeszcze biegliśmy razem. Piąty km - też biegliśmy razem i czas tego km - był o sekundę lepszy wynosząc 4:46/km. Od szóstego km lekko przyspieszyłem, gdzie czas wynosił 4:43/km i tutaj już biegłem sam - oddalając się. Siódmy km wynosił tyle samo co piąty -  wynosząc 4:46/km. Ósmy był wolniejszy, bo była zmiana terenu na bardziej leśną trasę i było zróżnicowanie - raz z górki raz pod górkę. Dziewiąty km wynosił 4:56/km. Wreszcze druga (z część i dziesiąty km, gdzie lekko przyspieszyłem, a czas wyniósł 4:52/km. Jedenasty czas wynosił też 4:52/km. Dwunasty km wynosił o sekundę gorzej wynosząc 4:53 km. Trzynasty km, była długa prosta i tutaj zwolniłem, bo złapał mnie lekki kryzys, ale i tak dobrze się czułem. No ale czas był aż o 9s gorszy od dwunastego i wynosił 5:02/km. Tutaj sobie obliczałem i liczyłem sobie - jaki mogę mieć czas ostateczny na mecie. Gdy mniej więcej sobie to obliczyłem, to sobie myślę, że mogę mieć czas nawet 1h 10m. Wtedy skorzystałem - z wcześniej zmagazynowanej rezerwy aby przyspieszyć, żeby uzyskaćczas poniżej 1h 12m. Dostałem tutaj motywacji - czułem przypływ energii  - Boga - THE FLAME i dosyć mocno przyspieszyłem, bo jak trzynasty km wynosił 5:02/km - tak czternasty wynosił 4:41/km. Pozostał ten ostatni już niedaleko - meta jest blisko. Byłem już dosyć zmęczony, ale biegłemvdalej mniej więcej tym tempem. Chwila tutaj zatrzymajmy się do momentu, gdzie zostało około 400m do mety.

                         Gdy tutaj na trasie około te 400m do mety - trener krzyknął ,, dawaj Mariusz!", to wtedy poczułem w sobie energię THE FLAME dając okrzyk i stało się - uwlniłem moc super saiyana i nie patrząc na nic - leciałem czasem na 2:52/km. Ten ogień trwał przez około minutę i na chwilę zgasł, ale po chwili ponownie go obudziłem i do mety już nie zgasł. Zgasł na po przekroczeniu mety, wtedy było mi słabo przez chwilę, ale zaraz doszedłem do siebie. Przez jakiś czas nie wiedziałem jaki był mój wynik, ale wiedziałem, że na pewno poniżej 1h 12m. Dzięki tej mocy piętnasty km wynosił 4:19/km, a całkowity czas  01:11:52. Tempo wyniosło 4:47/km. Po mecie szedłem w kierunku trenera - w miejscu gdzie mi dopongował ale go tam nie było. Wtedy ja kibicowałem przez jakiś czas innym zawodnikom. Po jakimś czasie wróciłem na miejsce mety i poszedłem coś zjeść. Szukałem naszych sokołów i gdy się odnaleźliśmy, to wtedy szukałem kierowcy Krzyśka. Gdy go znalazłem, to poszedłem do samochodu się przebrać na czysto. Wróciliśmy na pole i spotkaliśmy trenera. Porozmawialiśmy jeszcze chwilę i musiał już wyjechać. Wtedy chciałem jeszcze zjeść, ale jeden biegacz przede mną - dostał ostatnią zupę i już nie było, ale ci co wydawali zupę powiedzieli, że zaraz przyjadą z dostawą. Byłem głodny, więc wolałem poczekać żeby nie stać w kolejce, bo byłem jako pierwszy. Po około piętnastu minutach - doczekałem się - zupę przywieźli. Po chwili lekko padał deszcz, ale sobie spokojnie zjadłem zupę. Była tak dobra, że po chwili - bo już nie było kolejki - przyszedłem po dokładkę-  i dostałem. Kończyły się biegi dla dzieci i po chwili poszukałem Krzyśka, do którego zadzwoniłem gdzie jest. Był w aucie i wziąłem go i razem poszliśmy na rozdanie wszystkich nagród. Najpierw dzieci, dla których były dwa rowery. Potem nagrody dla Nordik Walking, dla biegających na 5 km. No i wreszcie dla nas startujących na bieg główny - na 15 km. Z naszego klubu dwie osoby stanęły na podium - pierwsza - w klasyfikacji kobiet nasza dzielna Kamila Grzonka, która wśród pań była trzecia. Druga osoba, to nasz Krzysztof Podlaski, który w swojej kategorii wiekowej M 60-69 - był trzeci. Na zakończenie było jeszcze losowanie dla każdego nagród i z naszego klubu nagrodę wylosowała Monika. Ogromne gratulacje dla wszystkich - nie tylko z naszego klubu, ale i też tych co wygrali. Po wszystkim pojechaliśmy z Krzyśkiem do domu.

                         Podsumowując te zawody - to powiem że były one udane, ale to były moje drugie zawody na tym dystansie - 15 km, więc nie mogę ich do niczego porównywać - tym bardziej, że poprzednie były 12 lat temu. Gdy więcej takich zawodów na ten dystans pobiegnę, to mogę wtedy cokolwiek porównać. Najbliższą okazję będę mieć za rok w tych samych zawodch w jubileuszowym XX biegu 4 jezior. Póki co te zawody były bardzo udane i oby więcej razy udało mi się na ten dystans pobiec, co będzie jakieś porównanie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz