czwartek, 1 października 2026

Biegowy rachunek sumienia - wrzesień 2026

                   Wrzesień, to miesiąc, który kojarzy się powrotem dzieci do szkoły i końcem wakacji. Dni są nadal coraz krótsze, ale pogoda za to jeszcze nie daje za wygraną i można trafić piękną pogodę. Dodatkow liście nabierają pięknych kolorów i w lesie jest kolorowo jak w piosence kolorowe kredki. Nie polecam słuchania tego podczas biegania, a szczególnie na zawodach. Kolory, kredki ok. A jak wygląda to biegowo? Otóż, wrzesień był dosyć obfity w startach w zawodach, bo startowałem aż w trzech zawodach. Oto one:

1 - 05.09.2026 - VI Mistrzostwa Polski Kolejarzy - Tczew - 10 km - Czas - 44:47.

Te zawody były ciężkie, ale udało mi się i tak bardzo dobry uzyskać.

2 - 06.09.2026 - VII Bieg o Puchar Wójta Gminy Zblewo - Twardy Dół - 5 km - Czas - 21:19.

Te zawody były rewelacyjne, bo tutaj osiągnięty czas jest moją życiówką.

3 - 13.09.2026 - XIII Grodzisko Cross - Owidz - 6,7 km - Czas 29:40.

Idąc za ciosem kolejne bardzo udane zawody pomimo iż trasa była ciężka, to czas miałem bardzo dobry.

                   Tak to wyglądało jeśli chodzi o starty w zawodach. Gdyby choroba mnie nie złapała, to jeszcze bym miał start w zawodach w Skarszewach, ale niestety nie dało rady. Wracając do podsumowania miesiąca, to wygląda, to tak:

W miesiącu wrześniu miałem 11 dni biegowych. W ciągu tych 11 dni biegowych przebiegłem tylko 154 km. Są wliczane też zawody. Średni dzienny dystans we wrześniu w ciagu 30 dni wyniósł 5,133 km. Średni czas we wrześniu w ciągu 11 dni wyniósł 5:05/km.

Podsumowanie ogólne. Łączny dystans liczony od 1 kwietnia do 30 września - wynosi 1340,5 km.

Podsumowując wrzesień, to ten miesiąc początkowo zapowiadał się bardzo dobrze, ale od 14 września przez chorobę straciłem 11 dni biegowych. No szkoda tego, bo by było pięknie. No, ale nie ma co się poddawać i biegać dalej. Zobaczymy co przyniesie październik.

niedziela, 13 września 2026

XIII Bieg Grodzisko Cross - ,,Sokole oko".

                   Dzisiejszego dnia, czyli 13.09.2026 odbył się XIII Bieg Grodzisko Cross. Do wczoraj nie wiedziałem jak pojadę na zawody. Najpierw dzwoniłem do jednego kolegi Zenka potem do drugiego kolegi Krzysia. No i ostatecznie pojechałem z Krzyśkiem. Także skoro wiedziałem, że z Krzysiem pojedziemy, to zgadaliśmy się wczoraj i umówiliśmy się na dzisiaj na godzinę 10. Dlatego zostałem sobie dzisiaj na noc w Zblewie. Rano sobie wstałem przed ósmą i jebnąłem sobie kawę - zresztą jak zwykle. Kawa daje mi siłę i moc. Wtedy o godz chwila przed dziesiątą przyjechał po mnie dziadek. Jak to zawsze z dziadkiem bywa - jest wesoło. Ja od początku czułem, że to będzie mój dzień. No takie moje przeczucie było. Bo obliczając to matematyczno-psycho-fizycznie - jest to dla mnie zielone światło - tak jakby pirani (taka ryba co pożre wszystko) - wrzucić mięso krwiste jak cholera - i w ułamku sekundy tego nie ma - trasa jest wymagająca!!! Cieszyłem się jak dziecko, że mogę siebie sprawdzić w roli ultra. To tak jakbym dzisiaj pobiegł 6,7% ultra. Licząc standardowe ultra setkę. Ze zblewa wyjechaliśmy do Owidza o godz. 09:58.34. Kilkanaście minut jazdy było wesoło. Gadaliśmy różne głupoty i po około dwudziestu minutach my bylim w kroejszy. Zaparkowaliśmy przy rzece wspomień, czyli przy Wierzycy. Udaliśmy się potem do biura zawodów po pakiety. Wtedy ja musiałem iść do glopa zrobić klopa. Porozmawialiśmy sobie z biegaczami, a ja też nawet z drugiego Sokoła, bo fajnie dla mnie jest jak są dwie ekipy z jednej gminy. Ja patrzę to na to z tej strony. Wtedy, cały czas pozytwnie patrząc na pozytywny dzień - chociaż pogoda ponura, ale za to ciepła - nadal czułem się wspaniale. Następnie zacząłem rozgrzewkę i razem z Krzyśkiem sobie z początku potruchtaliśmy lekko. Spotkałem trenera, który rozmawiał z resztą naszej ekipy. Gdy już potem trochę było rozgrzewki, to wtedy ja sam zacząłem robić sprinty. Standardowo robię ich albo cztery albo pięć, to zależy co chcę pobiec. Jeszcze do mnie trener powiedział, że za szybko to robię. Ja powiedziałem, że jest dobrze. Humor mi cały czas dopisywał aż do startu. Przed startem jeszcze spotkałem pana Tomka - mój były nauczyciel WF-u z podstawówki. Chwilę porozmawialiśmy i było około 10 minut do startu, to dla bezpieczeństwa włączyłem sobie już GPS-a, żeby na spokojnie się namierzył. Z racji tej, że wcześniej był start Nordik Walking - dla nieświadomych nieświadomie - jest to dyscyplina marszu z kijkami. Zaśmiałem się, że jak nie będę mógł bigać, to się przebranżowię na tę dyscyplinę. Chociaż i tak wolę biegać. Chwilę przed startem udaliśmy się kawałek dalej do miejsca, gdzie była zaznaczona zielona linia i od niej po chwili odbył się start. Godzina dwunasta i zaczęło się. Zaczął się start trzynastej edycji biegu. Jak zwykle początek biegu - nie dałem porwać się emocjom i na spokojnie zacząłem pierwszy kilometr. Zaplanowane miałem 4:40/km, a czas wyniósł 4:45/km, czyli początek na moją korzyść. Czułem się bardzo dobrze i drugi kilometr namierzałem się stabilizując sobie dystans czego efektem był czas 16s lepszy i wyniósł 4:29/km. Trzeci kilometr był prawie połową trasy, to motywacja rosła i czas był tylko o 5s gorszy - wynosząc 4:34/km. Apogeum szybkości był czwarty kilometr, czego efektem był czas o 14s lepszy - wynoszący 4:20/km. To było trochę za szybko, ale suma sumarium wyszło i tak to czego chciałem nawet jesli piaty kilometr wyniósł 12s gorzej, czyli 4:32/km. Tutaj ten ostatni kilometr był bardzo ciężki. Czułem się bardzo ciężko, ale przyspieszyłem, bo czas ostatniego (pełnego) km poprawiłem o 10 s, gdzie wyniósł 4:22/km. Wtedy czułem się jeszcze gorzej. Do mety zostało 700 m. i czułem, że jest ciężko, ale walczyłem do końca. Końcówkę jeszcze nasze Sokoły biegły i ich dogoniłem. Na koniec trener z nami jechał rowerem i nas dopingował. Ja leciałem ile sił w nogach i na koniec jeszcze dałem sprinta i z pięknym czasem wynoszącym 29:40.5 mogę być z siebie zadowolony. Tutaj też duża zasługa trenera, który nas motywował ,,jeszcze chwilę 300m do mety. Dawajcie, dawajcie!!! To było piękne. Gdy przekroczyłem metę, to padłem na glebę na trawę, bo czułem się słabo, ale za to jaki szczęśliwy, bo czas, który zakładałem był o około półtorej minuty lepszy. Po chwili powstałem i ustawialiśmy się do zdjęcia grupowego. Pstryk i gotowe. Pamiątka jest. Będąc szczęśliwym dzisiaj biegaczem - zaś poczułem się super. Po chwili pogadałem sobie z innymi biegaczami i poszedłem do samochodu się przebrać. Jednak przy naszym aucie był jeden z biegaczy i mnie namawiał żeby wejść do rzeki. Z początku będąc sceptycznie nastawiony, bo w tym miejscu w rzece było dosyć głęboko i po chwili umówiliśmy się, że gdy coś się stanie, to drugi wskakuje. Ja na to jak na lato. Ten kolega wskoczył pierwszy. Gdy widziałem, że bez problemu pływa, to gdy już wychodził z wody, to podałem mu ręki i potem ja wskoczyłem. Było super, ale się trochę bałem. Jednak jak już fajnie było, to po chwili wyszedłem z wody. Za odwagę dostałem czapkę taką gumową do plywania i się zaśmiałem - pierwszy trening morsowania zaliczony. Podziękowałem, że mnie namówił i w miłej atmosfrrze poszedłem do auta się przebrać i wtedy poszedłem na kawę, bo dawali dla biegaczy. Chwilę pogadałem sobie z każdym i nawet drugi raz zaczepił mnie pan Tomek i zapytał - jaki najdłuższy bieg biegałem. No i powiedziałem, że ze Szczecina do Kołobrzegu ultra 151 km. Chwilę jeszcze pogadałem z innymi biegaczami i powoli z Krzysiem udaliśmy się na scenę, gdzie będzie podsumowanie zawodów. Około godziny 14:30 zaczęło się rozdanie nagród dla najlepszych. Cieszyło, to bardzo, że nasze Sokoły licznie stanęli na podium. Nawet po dwie osoby w jednej kategorii wiekowej. To był piękny dzień dla nas zielonych. Jeszcze fajnie poszło nam jako drużyna, bo zajęliśmy pierwsze miejsce. Zresztą drugie Sokoły też bardzo ładnie pobiegli. Wspomnę jeszcze, że fajnie mi się biegło trasę z Maksem z TG Sokół Zblewo - Maks dzięki za motywację i może w jakiś zawodach razem jeszcze się pościgamy, bo dzisiaj i tak to był mój max. Na koniec było jeszcze losowanie dodatkowych nagród. Dużo osób wylosowało jakieś nagrody, ale też się ucieszyłem, bo też padł mój numer startowy i dostałem koszulkę. Nawet w kolorze zielonym - pod kolor barw klubu. Na całkowity koniec było losowanie nagrody głównej, czyli rower. Tutaj wygrać mogły nawet osoby, które już dostały wcześniej nagrody. No i rower wygrała jedna pani z numerem 46. Po zakończeniu pojechaliśmy w dobrych nastrojach do domu.

                      Podsumowując te zawody, to na początek powiem, że zawody były zorganizowane świetnie. Gratulacje dla wszystkich zawodników, dla organizatorów, wolontariuszy oraz służb mundurowych. Brak zastrzeżeń co do organizacji. Daje mi to zielone światło do tego aby za rok znowu tutaj powrócić do Owidza, bo warto. Natomiast jeśli chodzi o mnie, to strzeliłem w dzień ,,sokolim okiem" i te zawody uważam za bardzo udane. Dzięki Artur za wspólną odwagę do wejścia do wody i za czapeczkę.

niedziela, 6 września 2026

VII Bieg o Puchar Wójta - ,,Przebudzenie smoka"

                Po wczorajszych zawodach (w Tczwie na dystansie 10 km), w których pogoda nie rozpieszczała i warunki były ciężkie - kolejnym sprawdzianem były zawody na Leśniczówce obok Twardego Dołu, przy jeziorze Niedackim. Tutaj role się odwróciły - pogoda dopisała. Poniżej przedstawimy to w pigułce.

                Tego, co tego dnia się wydarzyło, to by się niespodziewali nawet Indianie Tarahumara, bo na te zawody pojechałem z Dżekim oraz Beatą. To był kosmicznie wariacyjny wyjazd z takim trio. To było w stylu Tri Talone. Wcześniej umówieni przez heloł moto - zgadaliśmy się jak gęsi do szeregu. Dżeki z Beatą przyjechali po mnie na domki około godziny 10:40. Wcześniej przygotowany siedziałem sobie przed domem na krzesełku niczym Zucerro w teledysku Baila Morena. Ja byłem ubrany na zielono niczym przebojowe warzywa Bondjuel w barwach klubowych K S Sokół Zblewo. Po kilku minutach dojechaliśmy na leśniczówkę. Beata zaparkowała tak jak na kursach po zdanym egzaminie (nie żeby coś - ale ja nie potrafię jeszcze). Po chwili przygotowywaliśmy się. Ubraliśmy się na cebulkę. Było mi trochę zimno, ale tak ma być. Spotkaliśmy naszego kolegę z marszy na orientację - Spadika. Jak zwykle pełen pozitiv. Jeszcze na pozitiv egzaminu na prawo jazdy trochę sobie poczekam. Potem poszliśmy do biura zawodów po pakiety startowe. Rozmawialiśmy z innymi biegaczami. Jedni traktują to tak na poważnie jakby mieli ubrać krawat i iść do biura namieszać w papierach, zaś inni całkowicie fristajlo rakamako for. Takie podejście, to nasza trójka miała, bo prawda Mariuszkowa jest taka - im bardziej się spinasz - tym gorzej, bo wyniku nie zrobisz. No i jak to zawsze bywa zanim robiliśmy rozgrzewkę, to zawsze ta toaleta. Nie żeby jedynka, ale dwójka!!! Ah te dwójki. Du ju hev drobne? No i gdy już byliśmy lżejsi o 800 mg (mikrogramów), to poszliśmy robić rozgrzewkę. Zanim jednak udaliśmy się na rozgrzewkę, to robiliśmy sobie fotki. Ja z Sokołami i potem nasza święta trójca Lupino. Wyglądaliśmy jak profesjonalni biegacze. Beatka jak zwykle drobna dziewczyna, ale charakter twardo postawiony jak ze stali nierdzewnej, bo przyjechała na zawody, żeby tą piątkę utopić w jeziorze. Dżeki niczym Viking strzeżony swojego miejsca i polujący z łukiem strzelającym do piątego koła od wozu. Ja po wczorajszym dniu przyjechałem wołać do Boga THE FLAME o zemstę za wczoraj. No i z radością na uśmiechu poszliśmy zacząć rozgrzewkę. Z początku lekkie rozbieganie, żeby nogi się rozbujały jak za młodu my na huśtawce. Następnym zadaniem były sprinty. Kiedyś mieliśmy kolegę Marka Szpręgę pseudonim sprinter. Robiliśmy 4x po około 100m ile fabryka dała, żeby nogi wiedziały, że mają zapierdalać. Po to je zatrudniłem, żeby szli jak kuna w agreście. We trójkę zrobiliśmy sprinty, a wtedy zaczął padać deszcz. Dla mnie to było jak grom z nieba, bo jeśli taka pogoda będzie dłużej, to cały misterny plan pójdzie w pizdu. Na szczęście, to było tylko takie małe załamanie i to były Tears of the Sun, czyli łzy Słońca. Po rozgrzewce ponieśli mnie diabli do babki klozetowej i musiałem wydusić to z siebie. Beata z Dżekim przeczekali chwilę ten deszcz, no i później przed startem spotkaliśmy się. Jak to przed startem bywa - każdy sobie życzy powodzenia i jest miła atmosferka. Po chwili wójt trzymał pistolet i było odliczanie od pięć do zera i padł strzał niczym moc z super snajperki. Tuta poczułem zupełnie coś innego niż wczoraj - poczułem wielką energię!!! Od początku wiedziałem czego chcę i od początku biegłem tyle ile mogłem, ale też z rozwagą. Pierwszy kilometr zacząłem bardzo dobrze i wiedziałem, że jest dobrze, bo czas wyniósł 4:17/km. Nie chcąc za szybko drugiego kilometra przebiec - próbowałem zwolnić, ale świadomość uświadomiona przez świadomość do pierwiastka pi - nie pozwoliła mi na to, bo przecież biegam u siebie, na moich trasach, które biegam na codzień - no i nawet diabeł mnie nie zatrzymał, a czas był jeszcze szybszy i wyniósł 4:13/km. Wtedy miało być regulowanie tempa i chciałem ze wszystkich sił to trzymać, ale trzeci kiometr zwolniłem aż o 12s i czas wyniósł 4:25/km. Myślałem, że już będzie zero czyli nic, ale nie nie Mariuszek. Trenujesz tutaj na codzień - nie poddawaj się!!! To pomogło!!! Czwarty czas poprawiłem o 5 sekund i wyniósł 4:20/km. Kryzys zażegnany!!! Motywacji dostałem i mówię do siebie dawaj - ostatni kilometr!!! Otuchy jeszcze mi dodał 700m przed metą trener i mówił dawaj Mariusz końcówka 700m!!! To co tutaj się stało, to było niczym przebudzenie smoka. Gdy trener podniósł mnie na duchu, to wtedy przyspieszyłem, ale jeszcze nie na maksa. Ten maks, to 100m przed metą - pobiegłem na zabój!!! Czego efektem był czas 4:02/km. Całkowity czas wyniósł 21:19 i to jest moja życiówka na 5 km, która została pokonana z 27.06.2026 w Tczewie z Flex na 5 km, gdzie czas wynosił 21:46. A więc czas został pokonany o 27s. Wbiegając na metę czułem się przez chwilę ciężko, ale szybko doszedłem do siebie. Po chwili kibicowałem kolejnym zawodnikom i z naszego Sokoła, z drugiego i wszystkim, którzy wbiegali na metę. Po chwili biegł Dżeki na metę z czasem 22:50, czyli po około półtorej minuty po mnie. Po czterech minutach i pięciu sekundach po Dżejku - na metę wbiegła Beata z czasem 26:55. To było piękne - nasza trójka pobiegła pięknie i wszyscy jesteśmy zadowoleni z wyniku. Po chwili rozmawialiśmy sobie z kolegami i innymi biegaczami i poszliśmy na wyżerkę na ognisko. Piekliśmy sobie kiełbaski jak za starych dawnych lat na marszach na orientację. Poczułem się jak niezorientowany w orientacji i wariacji. Gdy już sobie wyżerkę zrobiliśmy, to wtedy udaliśmy się na zakończenie zawodów, czyli rozdanie nagród dla najlepszych. Podium było tak obsadzone, że większość kategorii wiekowej zajęli nasze zielone Sokoły. A zdarzało się, że nawet dwie osoby z jednej kategorii byli na podium. Po rozdaniu nagród impreza była zakończona. Na koniec było losowanie nagród, ale to było tak, że jedna dziewczynka miała typować numery niczym maszyna w totolotka. Po wszystkim jeszcze wszyscy poszliśmy zrobić sobie wspólne zdjęcie z wójtem.

                         Podsumowując te zawody, to muszę przyznać, że organizacja imprezy była na wielkim poziomie. Zawody były przygotowane perfekcyjnie, ale był jeden mały kruczek - taki jak zawsze jest pisany drobnym druczkiem, żeby nie można było się rozczytać - trasa biegu miała być jednak dycha, bo te tereny pozwalają na to by zorganizować taki dystans i mam trochę do tego żal, ale nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło. Na zakończenie jeszcze raz bardzo wielkie gratulacje dla Beaty i Dżekiego, żeście mi dali tą - chyba nawet swoją energię, bo z wami czułem się świetnie i dzięki Wam ,,Mam super moce"!!! Mam nadzieję, że jak czas pozwili, to nie raz wyjedziemy na wspólne zawody - tego życzę nam.

VI Mistrzostwa Polski Kolejarzy 2026 - ,,Niewypał z pięknym finishem"

                   Dzisiejszego dnia - tj. 05.09.2026 - odbyły się zawody w Tczewie, które zaliczają się do GP Tczewa. Są to też zawody zaliczane do mistrzostw Polski kolejarzy. Moim zadaniem na tych zawodach miało być sprawdzenie siebie jak będę się czuł biegając tydzień temu też w zawodach w Tczewie. Tamten start był bardzo udany i wykonany w mistrzowskim stylu. Te zawody były troszkę inne i też inaczej się biegało. Dodatkowo pogoda nie dawała za wygraną i silny wiatr połączony z opadami deszczu nie wróżył nic dobrego, ale zawsze jest jakiś pozytyw w negatywie w tych warunkach. Zaczniemy po kolei.

Do dnia wczorajszego nie wiedziałem jak pojadę na zawody. Myślałem, że będę musiał wstać szybko rano i 6:30 jakoś jechać pociągiem i prawie 3,5 godziny spędzić w Tczewie. Pogoda nie rozpieszczała tym bardziej, że co chwilę popadywał deszcz. Jednak wczoraj napisałem na grupie, czy ktoś ma jakieś wolne miejsce w samochodzie i pojedzie na zawody. Okazało się, że kolega klubowy Zenek Hartuna miał miejsce i już wiedziałem, że pojadę z nim na zawody. Dlatego mogłem sobie dzisiaj dłużej pospać. Byłem w Zblewie na noc, więc z Zenkiem się umówiliśmy, że jedziemy o 8:30 do 8:40. Wstałem sobie o 7:30 i tradycyjnie wypiłem z rana kawę, bo uwielbiam kawę. Zapakowałem sobie rzeczy i wyszedłem z domu o godzinie 8:30. Wszedłem do sklepu po zakupy, czyli napoje izotoniczne i kreta. Ten taki szczór co udrażnia rury i zaniosłem mamie. Wtedy wróciłem na stację i kiełbaskę sobie zjadłem. Za chwilę nadjechał samochodem Zenek i wyjechaliśmy do Tczewa. Po drodze sobie porozmawialiśmy na różne tematy. Wiadomo jak sobie pogadasz, to czas mija bardzo szybko. W Tczewie byliśmy przed 10:00. Mieliśmy do zawodów godzinę, więc nawadnianie, toaleta oraz rozgrzewka. Ja ubrałem się cienko przed startem, bo wiedziałem, że pomimo iż jest zimno, to na trasie i tak się przegrzeję, dlatego bluzę z długim rękawem zostawiłem w aucie. W rozgrzewce zrobiłem sobie 4 sprinty. Tak żeby poczuć szybkość. Po rozgrzewce ponownie toaleta. Wtedy jeszcze pogadaliśmy z resztą drużyny z dziewczynami. Jeszcze mówiłem, że czuję formę i polecę na 4:18/km, albo nawet 4:15/km. Było super samopoczucie. Bomba, która miała wybuchnąć - czekała. Po chwili każdy sobie życzył powodzenia i ja tak około 8 minut przed startem włączyłem GPS-a w zegarku, żeby się namierzał. Zbliżał się moment startu i przed rozpoczęciem ustawialiśmy się do zdjęć drużynówek i gdy wszystkie drużyny już miało fotki to potem śpiewaliśmy hymn Polski i było widać powagę sytuacji tych zawodów. To nie są żarty. Tutaj trzeba zasuwać. Po skończonym hymnie oklaski i padł strzał i się zaczęlo - godzina zero o 11. Tak jak zaczęliśmy i ta bomba, która miała eksplodować - niewypaliła. Pierwszy czas wyniósł 4:27/km. Pomyślałem sobie, że to jest za wolno i lekko przyspieszyłem. Efektem tego był drugi kilometr, który miałem w czasie 4:15/km. Gdybym jeszcze przyspieszył, to bym zbliżył się do tego co sobie zaplanowałem. No, ale jak to mówią - mierz siły na zamiary i trzeci kilomttr był tego dowodem i czas wyniósł 4:33/km. Od tego momentu wiedziałem, że już może być ciężko zrobić lepszy wynik niż ten co sobie założyłem, czyli dycha w 43 minuty. Co prawda walczyłem jeszcze jak mogłem i robiłem co mogłem by jeszcze coś z tego czasu wyłuskać i niestety czwarty czas był jeszcze gorszy, bo wyniósł 4:36/km. Tutaj starałem już korygować stabilne tempo, ale nie było tej mocy i piąty czas był najgorszy w całym biegu, bo wyniósł 4:40/km. No, ale dostałem takiego oświecenia, że zaraz będzie powrót. No i gdy wszedłem na zakręt powrotu, to zaraz automatycznie zrobiło się bardzo zimno, bo nawrotka była niestety pod wiatr, a dodatkowo zaczął padać deszcz, czyli hardkore w 100%. No, ale skoro najgorszy czas już był - bynajmniej na razie, to chyba będzie potem coraz lepiej. W trakcie zawodów nie wiadomo co będzie, więc zachowałem zimną krew, a tego efektem był szósty czas, który przebiegłem w czasie 4:33/km. Warunki dalej były ciężkie, ale jakoś próbowałem się ratować z opresji i siódmy czas był podobny do tego i wyniósł sekundę gorzej, czyli 4:34/km. Wiatr i deszcz się uspokoił, więc i czas lepszy, bo ósmy czas wyniósł 4:25/km. Tutaj były czarne myśli - bo wychodziło mi, że ta dycha będzie w czasie 45 minut, a nie tak jak zakładałem w 43 minuty. Żeby do tego nie doszło, to dostałem tutaj wiatr w żagle i trochę jeszcze przyspieszyłem, a dziewiąty czas wyniósł 4:24/km. Ostatni kilometr to blisko mety i pościg za Zenkiem. To też motywowało mnie do szybszego biegania. No i ostatnie metry, to był szybki sprint i lekko szybciej pobiegłem od Zenka. Jednak tutaj nie ma co porównywać, bo Zenek jest 20 lat starszy ode mnie. Udało się przetrwać tę katorgę, a ostatni czas - najlepszy wyniósł 4:14/km. Całość ostateczny czas wyniósł 44:47.3. Udało się poniżej 45 minut. Byłem szczęśliwy i walka była do końca. 

                Po przekroczeniu mety dostając medal reszta sokołów czekało na nas i gratulowali nam wyników. Po chwili Zenek gdzieś poszedł, bo chciałem wziąć rzeczy i się przebrać. Gdy chwilę później znalazłem Zenka, to przebrałem się w długie spodnie i bluzę, bo było zimno. Poszliśmy z Zenkiem na ciepłą zupę i tam czekaliśmy na rozdanie nagród. W klasyfikacji open wśród kobiet drugie miejsce miała nasza Kamila Grzonka z czasem 39:47.26. W klasyfikacjach wiekowych podium jeszcze zajęła Ania Skalska zajmując drugie miejsce w swojej kat K 40-49 z czasem 43:43.27. Wśród mężczyzn mieliśmy też dwa miejsca podium - Pierwsze podium - w swojej klasyfikacji wiekowej M 30-39 3 miejsce zajął Krzysztof Baranowski z czasem 35:33.45. Drugie podium - w swojej klasyfikacji wiekowej M 60-69, którą wygrał - zajął Zenek Hartuna. Jego czas wynosił 44:51.74. Cztery miejsca na podium naszych sokołów było wsoaniałe. Piątym podium było nasze drugie miejsce w klasyfikacji drużynowej, gdzie nasza drużyna zajęła drugie miejsce. Po rozdaniu wszystkich nagród najlepszym było zakończenie imprezy i z Zenkiem razem jechaliśmy do domu. Jeszcze spotkała nas taka ulewa, że musieliśmy zawrócić, bo policja stała i kierowała ruchem i zawróciliśmy i inną trasą pojechaliśmy do domu.

                    Podsumowując te zawody, to powiem tak: - Były on bardzo udane pod wzglem organizacyjnym pomimo iż nie było losowania na zakończenie, to ze strony organizacyjnej - impreza zorganizowana bardzo dobrze, ale warunki były fatalne. Ten dzień pokazał, że bez dobrego dnia - wyniku się nie zrobi - i tak było. Z drugiej strony drugie 5 km - miałem lepsze od pierwszej piątki, bo czas pierwszej piątki wynosił 22:34. Zaś druga połowa wyniosła o 13s lepiej. No i może tak miało być!!! Jutro bieg w Twardym Dole na 5 km i zobaczymy co to będzie.

niedziela, 30 sierpnia 2026

Biegowy rachunek sumienia - sierpeń 2026

                      Sierpień kojarzy już się ze zmianą barw liści z zielonych na różne kolory, czyli małymi kroczkami zbliża się jesień. Dni są coraz krótsze, a bieganie ma się bardzo dobrze. Ten miesiąc pokazał, że biegałem solidnie i rozsądnie. Czego efektem jest tak dobry kilometraż. W tym miesiącu przebiegłem wszystlkie 22 dni biegowe. No i w tym miesiącu wyglądało to tak. W sierpniu przebiegłem 324,72 km. Średni dystans dzienny wynosi 10,479 km. Natomiast średni czas wynosi 5:13/km. Łączny dystans - liczony od 1 kwietnia - wynosi 1186,5 km. To by były te statystyki. A poniżej porównanie lipca i sierpnia. 

W sierpniu miałem więcej przebiegniętych kilometrów niż w lipcu o 62,18 km. Średni dzienny dystans w sierpniu był lepszy o 2,01 km. Natomiast średni czas w sierpniu wyniósł 5:13/km i jest lepszy o 5s, bo lipcu wynosił 5:18/km. 

         Podsumowując statystyki - sierpień uważam za bardzo udany, tym bardziej, że wczoraj miałem bardzo udany start w zawodach w Tczewie, bo 10 km przebiegłem w czasie 44:03.7. Zobaczymy co przyniesie wrzesień, oby też długie bieganie, bo to mi się podoba.

VIII Bieg nad Wisłą - ,,Majstrersztyk biegania"

                            Wczoraj, czyli 29.08.2026 odbył się bieg w Tczewie nad Wisłą na 10 km. To miał być bieg, w którym miałem założony cel - dycha w 44 minuty. Zawsze to co miałem poukładane w głowie czasowo - to tak było. Wczoraj też nie mogło być inaczej jak tylko zrobić to tak jak się należy. O biegu za chwilę, a teraz od początku:

Na zawody jechałem pociągiem ze Zblewa, bo najpierw przyjechałem od siebie z Bytoni do mamuśki. Posiedzieliśmy, pogadaliśmy i potem zjadłem obiad. Gdy była godzina 11:28, to wtedy wyszedłem na pociąg jadący trasą Tczew - Chojnce, gdzie w ten pociąg wsiadałem w Zblewie. Po siedmiu stacjach, czyli Pinczyn, Piesienica, Starogard Gdański, Szpęgawsk, Swarożyn, Rokitki Tczewskie i Tczew. Tutaj była stacja docelowa. Na miejscu byłem o 12:26. Długo się nie zastanawiając wyszedłem z pociagu i udałem się do biura zawodów. Szedłem około 15 minut, bo czasu miałem dużo i po tym jak trafiłem do biura zawodów - jeszcze nie odebrałem pakietu, a już spotkałem koleżankę Justynę, którą poznałem na zawodach w Skórczu. Poszedłem odebrać pakiet startowy i rozmawialiśmy dalej.  Następnie poszliśmy oddać rzeczy do depozytu, ale jeszcze zjadłem batonika i wypłem Oshee. Następnie się rozdzieliliśmy i ja poszedłem robić rozgrzewkę. Wtedy toaleta i czas na start. Jeszcze przed startem miałem problem z chipem, bo nie wiedziałem jak go dokładnie założyć. Wtedy przełożyłem go z prawej strony prawego buta po prawej stronie. Padł strzał, a ja jeszcze zawiązywałem lewy but. No, ale na spokojnie wystartowałem bez szarży i pierwszy kilometr wyniósł 4:25/km. Tak jak chciałem około sekundy lepiej, ale jest git. Drugi kilometr, to istny majstersztyk i tempo podtrzymane, a nawet lekko przyspieszyłem, bo czas wyniósł 4:21/km. Trzeci kilometr ustabilizowanie tempa i efektem tego było jeszcze szybsze tempo i czas wyniósł 4:17/km. Od czwartego kilometra zaczęły się małe góreczki, ale mi to nie przeszkadzało by dobre czasy dalej kręcić. Pomimo iż czas był słabszy, to samopoczucie bardzo dobre, a czas wyniósł 4:39/km. Piąty kilometr był też pod góreczki, ale czas był lepszy aż o 10s i wynosił 4:28/km. Następnie niecałe 200m była nawrotka i był powrót tą trasą co biegliśmy do piątki. Mówi się, że druga połowa z górki. No i faktycznie szło z górki czego dowodem był szósty czas wynoszący sekundę mniej, czyli 4:27/km. Od siódmego kilometra złapałem wiatr w żagle i czas wyniósł 4:18/km. Ósmy kilometr poczułem, że już meta niedaleko, ale lekkie zmęczenie było i czas wyniósł 4:19/km. Przedostatni kilometr wyniósł 4:23/km. Samopoczucie było bardzo dobre i ostatni kilometr był trochę lepszy od dziewiątki, ale z racji tej, że w złą stronę pobiegłem, to straciłem kilka sekund, ale ostatecznie czas wynosił 44:03.7. Na metę wbiegłem uradowany. Cel osiągnięty. Mam to!!! Dostałem medal i się cieszę. Po chwili na metę dobiegła nasza Ania i Wiesia, bo Kamila była o wiele szybciej na mecie. Zaś z chłopaków z klubu ja byłem ostani, a Jarek był chyba trzy mnuty przede mną, a Krzyś B. był najlepszy z nas chłopaków. Gdy wszyscy byli na mecie, to zrobiliśmy sobie wspólne zdjęcia. Następnie trochę się pokręciłem po bulwarze i spotkałem Justynkę. Nawet poszliśmy do punktu, gdzie był pomiar tkanki tłuszczowej. U mnie wyszło, że mam wszystko w normie, a nawet poniżej tego złego cholesterolu. Cieszę się z tego. Wtedy było rozdanie nagród i nasza Kamila była druga wśród kobiet. Ania S. wygrała swoją kategorię, a jeszcze Justynka się na podium też załapała i była trzecia. Po wszystkim jechałem do domu z Justyną pociągiem i pogadaliśmy w pociągu sobie. Doszedł do nas jeszcze gość co robił zdjęcia na trasie i powiedział do mnie, że mnie kojarzy. A ja sobie myślę skąd mnie kojarzy, a on, że z trasy biegu, bo jestem charaktereystyczny. Potem jeszcze z Justynką sobie potem pogadaliśmy i ja wysiadłem z pociągu w Bytoni.

              Podsumowując bieg - VIII dycha nad Wisłą, była bardzo udana. Tak jak sobie zaplanowałem - to osiągnąłem. 10 km w 44:03.7, jest bardzo dobrym osiągnięciem. Tym bardziej, że jako klub K S Sokół Zblewo osiągnęliśmy pierwsze miejsce. Co do organizacji, to ta impreza (w porównaniu do piątki z flexem) była świetnie zorganizowana. Jedynie pod koniec mogło być lepiej oznaczone, w którą stronę biec, ale jest ok. To było jedyne zastrzeżenie.

sobota, 1 sierpnia 2026

Biegowy rachunek sumienia - lipiec 2026

                    Miesiąc lipiec jest kolejnym miesiącem, w którym trwa lato. Miesiąc lipiec był miesiącem powrotu do pełnego biegania w miesiącu, gdzie nie opuściłem ani jednego dnia. Początek lipca zapowiadał się słabo, bo brałem udział w zawodach na niecałe 4 km i myślałem, że tych kilometrów w lipcu będzie mało. Drugie zawody, to był piękny bieg w Skórczu na 15 km i jeszcze na treningach troszkę km było i zaczynało to grać, ale nie do końca grało, bo na zawodach od trzynastego kilometra - brakowało mi kilometrów w nogach. Dlatego we wtorek po zawodach robiłem ostatni trening z grupą KS Sokół Zblewo i nawet trener mi nie rozpisywał treningów, bo zacząłem biegać swoje i musiałem dążyć do tego by tych kilometrów przybyło. Wtedy był przełom, bo o dnia nie poszedłem na trening we wtorek (taki bunt nastoletni Mariuszka) - bo nie idę biegać i koniec! Jednak żeby nie było, że bieganie jest opuszczone, to - biegałem 5 dni z rzędu!!! Nawet dzień przed zawodami i dzień po zawodach - poszedłem na trening. No i biegając na zawodach w Chojnicach na 5 km - brakowało mi sił w nogach i to była zemsta za wtorek, że nie szedłem na ten trening. No, ale przełomem była niedziela, gdzie przebiegłem (po sobotnich zresztą udanych mimo wszystko zawodach) 16,5 km i to był najdłuższy dystans w miesiącu. Dlatego wiedziałem, że przy tych kilometrach - nie przekroczę 251,56 km (rekordowy dystans z maja) w miesiącu. No a żeby to się udało, to następna niedziela - musi być 20 km!!! I była!! W tygodniu biegałem 12,5 km, a w czwartki 15 km. Ta sztuka się opłaciła i dzięki temu licznik podbił do 72,57 km - ustanawiając nowy rekor tygodnia z czerwca, gdzie wynosił 66,55 km - będąc dłuższy o 6,02 km. Jeszcze dodatkowo 40 km w lipcu dobiłem biegając wtorek i środę po 12,5 km oraz czwartek 15 km - co dało te dodatkowe 40 km. Dzięki temu licznik podbiłem bardzo wydoko, bo przekroczył 250 km. No i statystycznie wygląda to tak:

                      W lipcu przebiegłem 262,54 km. W lipcu miałem pełne 22 dni biegowe. Średni dzienny dystans w lipcu wynosił 8,469 km. Średni czas w lipcu wynosił 5:18/km. To wygląda to tak w lipcu, a poniżej porównanie z czerwcem:

                      Porównując czerwiec z lipcem, to w lipcu miałem o 43,16 km więcej niż w czerwcu. Średni dzienny dystans w lipcu wynosił o 1,156 km więcej niż w czerwcu. Średni czas w lipcu był lepszy o 2s niż w czerwcu. To tyle jeśli chodzi o porównania miesiąców.

                      Jeszcze taka mała statystyka na koniec - łączny dystans od 1 kwietnia do 31 lipca wynosił 861,78 km.

                      Podsumowując - miesiąc lipiec - początkowo nie zapowiadał się obficie biegowo, ale dzięki końcówce miesiąca oraz długie wybiegania - odrobiłem straty - a nawet przebiłem dystans z maja przekraczając majowe 251,56 km (różnica wynosi 10,98 km).

                       Plany na sierpień - jeden start na 10 km w Tczewie 29 sierpnia dokłanie. No tej dychy nie mogę zawalić jak to miało miejsce w czerwcu. Po prostu musi być udana. A kilometrowo? Planuję ponad 300 km przebiec jak nie 350 km. To już wtedy będzie pięknie.

niedziela, 19 lipca 2026

Chojnicka piątka - ,,na piątkę z minusem"

                  Dzisiejszego dnia - no dobra już jakby wczorajszego bo go piszę po północy - odbył się bieg w Chojnicach na 5 km. Przypomnę sobota 18.07.2026. Do piątku jeszcze nie wiedziałem jak pojadę na ten bieg. Jednak kolega dziadek jest jak ,,czyściciel zawodów" i po prostu już później wiedziałem, że jedziemy razem. Jeśli chodzi o mnie, to w czerwcu - miałem dość strat i z racji tej, że miałem dwa dni bieganie opuszczone przez chorobę, to na dodatek - miałem mało km. Teraz trafiło się tak, że w ten wtorek zrobiłem sobie - po poniedziałku - drugą z rzędu przerwę. No a jak są dwie przerwy z rzędu, to trzeba biegać 5x z rzędu wliczając w to zawody, dlatego biegałem wyjątkowo w piątek (dzień przed zawodami). Kilka dni przed zawodami dowiedziałem się, że są one na 17, czyli późno, a byłem przekonany, że rano. Ogółem to nie był problem, ale jakoś energia biegania ze mne spadła. Bóg THE FLAME jakby mnie opuścił i zostawił sobie mnie ,,na kolację", albo ,,wisienkę na torcie". A wracając do zawodów, to było to tak:


                       Gdy już wczesniej wiedziałem, że z dziadkiem pojadę na zawody, to się umówiliśmy, że wyjedziemy ze Zblewa o 14:00, to będąc u mamy wcześniej się zapakowałem i czekałem aż dziadek przyjedzie. Niespodzianką było, to, że jeszcze nie było 14-tej, a dziadek był u mamy. No to ubrałem buty i wyszedłem. Wyjechaliśmy o 13:50 od mamy. Ja będąc po wczorajszym treningu (w piątek jakby co) - nie czułem tych zawodów, ale czułem, że dostanę wpierdol. Po prostu czułem, że głowa chce, a nogi nie. Po drodze wiadomo żarty były, kto komu dojebie. Się śmiałem, że ja dziadkowi dojebie, a za chwilę mówiłem do dziadka, że skoro ja wygrałem w Skórczu z tobą, to dzisiaj ty mi dojebiesz, bo musi być po równo - raz ja wygrywam, raz ty. Gadaliśmy sobie i po około 50 minutach byliśmy w Chojnicach. Śmiałem się, że znam każdą ulicę tutaj, bo zdaję tutaj prawo jazdy i jak na razie bilans jest taki, że 6x nie wyjechałem z placu i 6x wyjechałem. To 13 raz musi być zdany, a czy będzie - może jo, bo muszę się najpierw zapisać. Gdy już znaleźliśmy miejsce parkingowe, to poszliśmy do biura zawodów po pakiety startowe. Poszukaliśmy naszych sokołów i zamieniliśmy sobie kilka słów z nimi. Wtedy jeszcze jeden typ co jest w naszym sokole zdenerwował mnie i dziadka, bo mówimy do niego, że też jesteśmy zielony sokół, a on ,, niebieski, zielony, a zaraz może filoetowy" - taka głupia odzywka. Wkurzył nas tym. No i jeszcze porozmawialiśmy sobie z taką fajną taką pozytywną dziewczyną Justyną, z którą tydzień temu na zawodach w skórczu rozmawialiśmy. No i trochę jeszcze poszliśmy robić rozgrzewkę i potem toaleta szybka i wtedy z dziadkiem się już nie widziałem. Dwie minuty przed startem włączyłem zegarek i sobie myślę, że już nie załapie gpsa. No i jeszcze mała wzmianka - biegałem w innych butach i nie byłem pewien jak w nich pobiegnę. No i gps o dziwo załapał w trakcie strzału, a ja miałem kilka metrów do pomiaru czasu, a początek był ciasny. No i z racji tej, że po toalecie miałem mało czasu, to ustawiłem się bardziej z tyłu. No i w końcu się zaczęło. Początek było tak ciasno, że nawet się nie przebijałem, bo nie chciałem za szybko biec, dlatego pierwszy km wynosił 4:42/km. Drugi czas był taki sam wynosząc 4:42/km. Od trzeciego przyspieszyłem i miałem czas 4:30/km. Postraszyli od czwartego km górką, ale ja na codzień na trasie trenuję po górkach i się dobrze czuję, więc czwarty km jeszcze był szybszy i wynosił 4:19/km. No i ostateczny - dzięki temu, że na stadionie przyspieszyłem - piąty km wynosił 4:18/km. Całkowity czas wyniósł 22:33. Ucieszyłem się z kolejnych zawodów i z wyniku też. Po mecie zauważyłem dziadka Krzysia i mi coś nie pasowało, bo zdziwiłem się, że był przede mną, bo ja go na starcie nigdzie nie widziałem. No i poszliśmy do samochodu się przebrać, ale ja jak zwykle roztrzepany, to zapomniałem wziąć skarpetek na przebranie i musiałem mieć ubrane te buty co w nich startowałem. Wziąłem bon na żywność, który był w pakiecie. Poszliśmy jeszcze na stadion i znowu spotkaliśmy Justynkę (te pozytywną dziewczynę), która zapraszała na śliwicką dychę. No szczerze powiem, że brzmi kusząco, bo dyszkę biec lubię. Wtedy poszedłem odebrać jedzonko - kiełbaskę z grila i porozmawiałem sobie z biegaczami. Jedna dziewczyna poznała mnie ze Skórcza i też na imię ma Justyna i też wariacyjna kobietka. No i poszedłem drugi raz po kiełbaskę, bo Krzysztof dziadek nie chciał, to wziąłem za niego. Czekając w kolejce poznałem tajemniczy - znajomy głos, który nie mógł należeć do nikogo innego jak do Zbyszka Świerczyńskiego. Co za spotkanie!!! Przypomnieliśmy zaraz sobie zawody, w których startowaliśmy. Wszystkie wizje miałem w oczach. Bardzo się ucieszyłem. To kurcze tak zleciało, bo Zbysiu ma już 78 lat i ciągle wygląda młodo. Szacun naprawdę szacun, że pomimo iż jest niewidomy, to biega. To jest piękne. No i gdy odebrałem drugą porcję, to porozmawialiśmy jeszcze z sokołami, bo byli z tyłu za Zbyszkiem i Kamila chciała mnie przekonać żebym słuchał trenera. Wiem, wiem, wiem, że ma racje, ale ja wolę biegać po swojemu i tyle. Chcę czuć radość, chcę czuć zmęcenie po długim wybieganiu i to mnie kręci. A czasy będą lepsze. Wtedy wszyscy poszliśmy na rozdanie nagród i losowanie nagród. Trochę to zajęło, bo były różne losowania. Mi udało się zdobyć karnet na siłownię w Chojnicach, ale niestety go nie wykorzystam, bo za daleko. Z naszej ekipy Kamila była trzecia na podium w swojej kategorii wiekowej i jeszcze pod koniec udało jej się wygrać los bon do sklepu biegacza o wartości 700 zł. Super dzień dla niej. Ja nie zazdroszczę, ale się cieszę - niech ma dziewczyna. Po wszystkich losowaniach pojechaliśmy do domu.


                          Podsumowując te zawody, to powiem tak - może i zrobiłem słaby wynik spowodowany piątkowym treningiem, ale za to czuję się bardzo dobrze, bo pobiegłem po raz kolejny te zawody z głową - początek wolniej - a później przyspieszyłem. Dałem podtytuł 5 z minusem, bo dzień przed zawodami się nie robi treningu dlatego 5 była o z takim minusem -. Z drugiej strony w tygodniu nie czułem, że jakiś wynik zrobię, ale źle też nie jest. Cieszy mnie to, że zawody są udane i wracam do swojego biegania. Niedziela 16,5 km już pobiegłem, ale o tym na fb.

              

sobota, 11 lipca 2026

Bieg czterech jezior - ,,przebudzenie smoka"

                 Dzisiejszego dnia - 11.07.2026 (sobota) - odbył się bieg w Skórczu na 15 km. Ten bieg był wielką niewiadomą jak mam wystartować i czy będę mieć nr startowy - czy też nie. Do czwartku był to znak zapytania - o taki ? Wczoraj już wiedziałem, że jo - udało się tak, że będę biegał z numerem startowym. Ucieszyłem się, że tak się udało. Wczoraj miałem przerwę, więc na spokojnie sobie przemyślałem jak będę biegł. Ładowałem energię na dzisiaj. 

                       Po wyspanej nocy, wstałem rano i zgadałem się z kolegą Krzyśkiem, że będziemy ze Zblewa wyjeżdżać o ósmej rano. Z racji tej, że kolega Michał - wczoraj odebrał mój pakiet startowy ze Skórcza, to miałem wczoraj już w domu. W pakiecie było to bardzo dobrą inicjatywą, że chip był wbudowany w numerku startowym ( a nie, że trzeba go wiązać do buta - tylko z tym problem jest).  No i gdy już miałem w domu pakiet startowy (szkoda, że bez koszulki), to pojechałem do Zblewa na noc do mamuśki, ale byłem sam, bo mama mi klucze zostawiła wcześniej w mojej skrzynce pocztowej. Jeszcze wczoraj sobie frytki zjadłem na wieczór i chwilę jeszcze posiedziałem i potem poszedłem spać. Rano wstałem już o siódmej godzinie żeby sobie na spokojnie kawę wypić i żeby niczego na zawody nie zapomnieć. Dzień wcześniej kolega, z którym jadę na zawody powiedział, że zachorował, ale bez obaw - pojedziemy na zawody. Wszystko sobie przygotowałem i o godzinie ósmej wyjechaliśmy na zawody. Na miejscu (w Skórczu) byliśmy po 8:30. Poszukaliśmy sobie parking tak, że nasz samochód był w zacienionym miejscu. Następnie udaliśmy się do biura zawodów, bo Krzysiek musiał odebrać swój pakiet startowy. Popatrzeliśmy sobie jeszcze na zawodników, którzy startowali na dystansie 5 km. Poszliśmy potem na stoisko brooks, bo Krzysiek rozglądał się za skarpetkami, ale widzieliśmy te ceny, tozrezygnowaliśmy (chociaż szczerze gdybym miał kasy więcej, to na pewno bym coś kupił). Rozglądaliśmy się czy nie ma gdzieś naszych sokołów. Znaleźliśmy kilku i nawet naszego trenera poszukaliśmy. Porozmawialiśmy chwilę i potem wróciliśmy do samochodu się przebrać już startowo. Miałem jeszcze problemy z paskiem biegowym bo raz był za luźno raz za ciasno. Męczyłem się z nim i potem Krzysiek mi go ustaił (co dwie głowy, to nie jedna). Jeszcze trochę poprawiłem, bo był za ciasno. Gdy już zrobiłem, to wtedy pochodziliśmy zrobić sobie rozgrzewkę. Tam jeszcze raz spotkaliśmy naszego trenera - dał nam wskazówki jak biegać. Na rozgrzewce spotkaliśmy naszą Kamilę i resztę drużyny. Po rozgrzewce - około 10 minut przed startem włączyłem gps-a aby się namierzył. Sygnał załapał nawet szybko jak na niego, bo się włączył około czterech minut przed startem. Strzał startera i się zaczęło.

                  Dla mnie ten dystans - jeśli chodi o zawody - był dla mnie nowy, bo historia piętnastokilometrówki zaczęła się, gdy biegałem bieg zaślubin w Kołobrzegu 16.03.2014 roku, kiedy to biegałem nie dość, że z osobą niewidomą - będąc jego przewodnikiem - to na dodatek dzień przed zawodami ( nie wiem dlaczego) zrobiłem trening. Wszystko ok, ale ten trening był o 3 w nocy (z czwartku na piątek) i mnie pogryźli psy Bosia. Z początku myślałem, że nie wystartuję, ale się nie poddałem i pomimo wszystko nie zrezygnowałem i pojechałem na zawody, ale w piątek rano byłem u lekarza i opatrzył oraz zdezynfekował mi ranę, a dzięki temu mogłem wystartować. Zawody nie były udane, bo mnie noga bolała, ale nie myślałem o bólu. Ten dzień zawodów pomimo tego wszystkiego był udany, bo wylosowałem tablet. Natomiast samo bieganie też złe nie było, bo nawet mieliśmy dobry czas, bo pomimo iż byłem pogryziony przez psy, to czas 01:12:23 nie był złym czasem, tym bardziej, że tempo to 4:49/km. To było 12 lat temu. Teraz dzisiejsze zawody były inne. Ta historia tworzy się na nowo. Tutaj we mnie coś się obudziło i wiem co to - to Bóg THE FLAME. A gdy u mnie on się obudzi, to przetrwam wszystko. To się obudziło dzisiaj. Tak wyglądały poszczególne moje płomyki kilometrowe na trasie:

                          Zaczynając start nie byłem pewien czego się spodziewać, bo to druga moja styczność z tym dystansem, dlatego nie zamierzałem zacząć za szybko, ani też za wolno, ale z rozsądkiem. Gdy zaczął się start - to nie było zmiłuj się - trzeba dawać ognia, ale też tak, żeby go za szybko nie wypalić. Start zacząłem bardzo dobrze, bo z planowanego czasu (5:00/km) urwałem 5s i pierwszy czas wyniósł 4:55/km, to była taka granica, że mogłem sobie na to pozwolić. Czułem się bardzo dobrze i szłem za ciosem. Drugi km przyspieszyłem do 4:37/km. Cały czas była pełna kontrola czasow, żeby nie spalić i nie pobiec za szybko. Trzeci km, zwolniłem, bo ten drugi był za szybki i go musiałem skorygować do 4:47/km. To wszystko działo się tak szybko, że trzeba było podejmować mądre decyzje - nie spiesz się na spokojnie. Tutaj przypomniały mi się słowa trenera, który mówił przed startem - nie ważne jak wystartujesz - ważne jak ukończysz! Biegając początek, to postanowiłem, że pobiegniemy razem z Krzyśkiem. Jednak Krzyś pierwszy km pobiegł szybciej ode mnie, a ja biegłem po swojemu. Na drugim go dogoniłem i biegliśmy razem. Wracając do czasów, to czwarty km był taki sam jak trzeci wynosząc niezmienne 4:47/km tutaj jeszcze biegliśmy razem. Piąty km - też biegliśmy razem i czas tego km - był o sekundę lepszy wynosząc 4:46/km. Od szóstego km lekko przyspieszyłem, gdzie czas wynosił 4:43/km i tutaj już biegłem sam - oddalając się. Siódmy km wynosił tyle samo co piąty -  wynosząc 4:46/km. Ósmy był wolniejszy, bo była zmiana terenu na bardziej leśną trasę i było zróżnicowanie - raz z górki raz pod górkę. Dziewiąty km wynosił 4:56/km. Wreszcze druga (z część i dziesiąty km, gdzie lekko przyspieszyłem, a czas wyniósł 4:52/km. Jedenasty czas wynosił też 4:52/km. Dwunasty km wynosił o sekundę gorzej wynosząc 4:53 km. Trzynasty km, była długa prosta i tutaj zwolniłem, bo złapał mnie lekki kryzys, ale i tak dobrze się czułem. No ale czas był aż o 9s gorszy od dwunastego i wynosił 5:02/km. Tutaj sobie obliczałem i liczyłem sobie - jaki mogę mieć czas ostateczny na mecie. Gdy mniej więcej sobie to obliczyłem, to sobie myślę, że mogę mieć czas nawet 1h 10m. Wtedy skorzystałem - z wcześniej zmagazynowanej rezerwy aby przyspieszyć, żeby uzyskaćczas poniżej 1h 12m. Dostałem tutaj motywacji - czułem przypływ energii  - Boga - THE FLAME i dosyć mocno przyspieszyłem, bo jak trzynasty km wynosił 5:02/km - tak czternasty wynosił 4:41/km. Pozostał ten ostatni już niedaleko - meta jest blisko. Byłem już dosyć zmęczony, ale biegłemvdalej mniej więcej tym tempem. Chwila tutaj zatrzymajmy się do momentu, gdzie zostało około 400m do mety.

                         Gdy tutaj na trasie około te 400m do mety - trener krzyknął ,, dawaj Mariusz!", to wtedy poczułem w sobie energię THE FLAME dając okrzyk i stało się - uwlniłem moc super saiyana i nie patrząc na nic - leciałem czasem na 2:52/km. Ten ogień trwał przez około minutę i na chwilę zgasł, ale po chwili ponownie go obudziłem i do mety już nie zgasł. Zgasł na po przekroczeniu mety, wtedy było mi słabo przez chwilę, ale zaraz doszedłem do siebie. Przez jakiś czas nie wiedziałem jaki był mój wynik, ale wiedziałem, że na pewno poniżej 1h 12m. Dzięki tej mocy piętnasty km wynosił 4:19/km, a całkowity czas  01:11:52. Tempo wyniosło 4:47/km. Po mecie szedłem w kierunku trenera - w miejscu gdzie mi dopongował ale go tam nie było. Wtedy ja kibicowałem przez jakiś czas innym zawodnikom. Po jakimś czasie wróciłem na miejsce mety i poszedłem coś zjeść. Szukałem naszych sokołów i gdy się odnaleźliśmy, to wtedy szukałem kierowcy Krzyśka. Gdy go znalazłem, to poszedłem do samochodu się przebrać na czysto. Wróciliśmy na pole i spotkaliśmy trenera. Porozmawialiśmy jeszcze chwilę i musiał już wyjechać. Wtedy chciałem jeszcze zjeść, ale jeden biegacz przede mną - dostał ostatnią zupę i już nie było, ale ci co wydawali zupę powiedzieli, że zaraz przyjadą z dostawą. Byłem głodny, więc wolałem poczekać żeby nie stać w kolejce, bo byłem jako pierwszy. Po około piętnastu minutach - doczekałem się - zupę przywieźli. Po chwili lekko padał deszcz, ale sobie spokojnie zjadłem zupę. Była tak dobra, że po chwili - bo już nie było kolejki - przyszedłem po dokładkę-  i dostałem. Kończyły się biegi dla dzieci i po chwili poszukałem Krzyśka, do którego zadzwoniłem gdzie jest. Był w aucie i wziąłem go i razem poszliśmy na rozdanie wszystkich nagród. Najpierw dzieci, dla których były dwa rowery. Potem nagrody dla Nordik Walking, dla biegających na 5 km. No i wreszcie dla nas startujących na bieg główny - na 15 km. Z naszego klubu dwie osoby stanęły na podium - pierwsza - w klasyfikacji kobiet nasza dzielna Kamila Grzonka, która wśród pań była trzecia. Druga osoba, to nasz Krzysztof Podlaski, który w swojej kategorii wiekowej M 60-69 - był trzeci. Na zakończenie było jeszcze losowanie dla każdego nagród i z naszego klubu nagrodę wylosowała Monika. Ogromne gratulacje dla wszystkich - nie tylko z naszego klubu, ale i też tych co wygrali. Po wszystkim pojechaliśmy z Krzyśkiem do domu.

                         Podsumowując te zawody - to powiem że były one udane, ale to były moje drugie zawody na tym dystansie - 15 km, więc nie mogę ich do niczego porównywać - tym bardziej, że poprzednie były 12 lat temu. Gdy więcej takich zawodów na ten dystans pobiegnę, to mogę wtedy cokolwiek porównać. Najbliższą okazję będę mieć za rok w tych samych zawodch w jubileuszowym XX biegu 4 jezior. Póki co te zawody były bardzo udane i oby więcej razy udało mi się na ten dystans pobiec, co będzie jakieś porównanie.

poniedziałek, 6 lipca 2026

Biegowy rachunek sumienia - czerwiec 2026 - ,,różne zwroty akcji".

                    Miesiąc czerwiec kojarzy się z latem ciepłem i piękną pogodą. No i można powiedzieć, że taki był. Natomiast z biegowej strony wygląda to inaczej, bo czerwiec kojarzy się dobrymi wynikami w zawodach - chyba, że ekstremalne warunki komuś nie sprzyjają, to nie będzie wyników. Początek miesiąca był dla mnie taki, że biegałem swoje bieganie i miałem swój plan treningowy i jego się trzymałem. Biegałem po prostu dla rozrywki i to co wyjdzie na treningu - tak będzie. Zmiana nadeszła w niedzielę 07.06.2026, kiedy to biegłem na treningu 20 km i na trasie spotkałem - najpierw Karolinę - i chwilę biegliśmy razem, ale ja już nie mogłem, to gdy zrobiłem 20 km i skończyłem trening, a potemszedłem sobie bo było bardzo ciężko i już szedłem do domu. Następnie na trasie (gdzie jest przy szkole długa prosta droga między polami - spotkałem drugą koleżankę z klubu K S Sokół Zblewo - Kamilę. Pomimo zmęczenia i już dużego wysiłku - dobiłem z Kamilą jeszcze jeden km, ale wolnym tempem. Mówię, że tego dnia nadeszła zmiana, bo co prawda zapisałem się do klubu, ale nie byłem pewien, czy się sprawdzę - czy chcę biegać dla siebie indywidualnie i robić swoje, czy jednak wybrać klub i razem biegać we wtorki i czwartki w klubie? Długo biłem się z myślami - i nawet chciałem powiedzieć do Kamili, że jednak nie chcę dołączyć do klubu, ale nie chciałem robić tej przykrości Kamili, bo ją szanuję.No i przypomina mi się też moment, że był przykro jak dołączyłem wcześniej do T.G. Sokół Zblewo, a kiedyś obiecałem Kamii, że do jej klubu dołączę. No i żeby nie robić przykrości, że odchodzę, to postanowiłem, że zobaczę jak to będzie? Czy będzie mi to pasowało? Czy dam radę? Będę mieć trenera, czy uda mi się dostosować treningi od trenera? I w końcu - Czy będę mieć z tego radość? 9 czerwca wtorek był moim pierwszym treningiem w klubie. Poczułem się dobrze i pomimo buntu głowy zaryzykowałem i udało się - trening był udany. Przez następne dni jeszcze nie mogłem się do tego przyzwyczaić, ale z treningu na trening było coraz lepiej. Przełomem były zawody w Gniewie. Na prawdę tutaj się przełamałem. Pobiegłem te zawody już jako K S Sokół Zblewo i miałem inne podejście. Tutaj się zatrzymamy. Po dwóch udanych zawodach 23 maja w Zblewie na 5 km i 30 maja w Ocyplu na 10 km - trzy dni przed zawodami (przed dychą w Gniewie) - zaczęły mnie nerki boleć i wiedziałem, że zawody będą słabe - a nawet start stał pod znakiem zapytania. Jednak chcieliśmy jako drużyna mieć miejsce na podium, to musiałem zawody ukończyć. Temperatura była wysoka, ale mi to nie przeszkadzało i gdy zacząłem od czasu 5:00/km, to myślałem, że bardzo dobrze zacząłem - nic bardziej mylnego - to był najlepszy czas!!! - Bo następne były coraz gorsze!!! A najgorszy, to 9 km, gdzie czas wyniósł 6:46/km!!! Tak!!! Takich czasów na treningach nawet nie mam!!! Jeszcze na tych zawodach - z jednej strony - zadwałem sobie pytanie - Po co się zapisałem do klubu, skoro to była moja najgorsza dycha w historii biegania?! (Przypomnę, że czas to 00:58:00, średnie tempo, to 5:48/km). I tak to nic nie pomoże!!! Następny tydzień był jeszcze ciężki przez dwa treningi, ale od 25 czerwca nabierałem sił i było coraz lepiej. 27 czerwca pojechałem z kolegą Krzyśkiem na zawody do Tczewa na 5km - (bieg wieczorny, bo zaczął się o 19). Dlaczego przypominam - bieg wieczorny? Bo mam dobre wspomienia z Nocnego Biegu Świętojańskiego z Gdyni, gdzie kiedyś biegałem 10 km w czasie 40:27 (4:03/km). Tutaj przyjmę, że te 5 km, które biegłem w Zblewie z czasem 21:52 - był moim najlepszym czasem - tak i w Tczewie jak i w Gdyni - pobiłem swój czas życiowy (ze Zblewa) - wynoszący 21:46, czyli pobity o 6s. Tutaj mnie po prostu niosło. I po zawodach w Gniewie - mówiłem, że się zemszczę - i zemściłem! To tak wyglądały czerwcowe zwroty akcji. Natomiast kilometrowo w czerwcu wygląda, to tak:

              Biegowo czerwiec był mniej obfity w km niż maj. W czerwcu przebiegłem 219,38 km. Średni dystans dzienny w czerwcu wynosił 7,313 km. Natomiast średni czas w czerwcu wynosił 5:20/km.

               Podsumowując i porównując maj i czerwiec, to wygląda, to tak, że w maju miałem o 32,18 km więcej. Średni dzienny dystans w maju był większy o 0,802 km. Natomiast średni czas w maju - wynoszący 5:11/km - był lepszy niż w czerwcu o 9s.

                 Na koniec najważniejsze - łączny dystans od 1 kwietnia do 30 czerwca wynosi - 599,24 km.

                 Zobaczymy co przyniesie lipiec i jak będzie obfity w bieganie, bo napewno chcę biegać więcej tych kilometrów. Oby tak było.

sobota, 27 czerwca 2026

Tczew na 5 z Flex Poland - ,,mieszane uczucia".

                      Dnia 27.06.2026 roku odbyły się zawody - Tczew na 5 z Flex Poland. Tutaj zawody pobiegłem bardzo dobrze, ale nie jestem zadowolony pod względem organizacji imprezy. Szczegóły poniżej:


                 Na zawody jechałem z kolegą Krzyśkiem z Jaroszew, który przyjechał po mnie do mamy, gdzie stąd na niego czekałem. Do Tczewa wyjechaliśmy szybko, bo już o godz 16 (3 godziny przed startem). Po drodze rozmawialiśmy o startach, treningach i ogółem o bieganiu. W Tczewie byliśmy kilka minut po 17, bo jeszcze po picie wjechaliśmy na stację w Starogardzie Gdańskim i wtedy po 17 byliśmy na miejscu. Tam chwilę się rozprostowaliśmy i poszliśmy odebrać pakiet startowy. Sam pakiet w sobie nie był zły i w miarę i nawet ładna koszulka, w której startowałem potem. Pochodziliśmy sobie po Bulwarze i później zaczęliśmy rozgrzewkę. Ostatnie nawodnienia przed rozgrzewką i rozgrzwka. Z początku wolniej, a później coraz szybciej. Mnie aż niosło już na rozgrzewce, dlatego poszło szybko. Po rozgrzewce poszliśmy na start. Strzał i poszli. Od początku czułem się super i tak jak zakładałem - pierwszy czas 4:40/km - a miałem 4:39/km. Drugi szybszy, bo wynosił 4:20/km. Trzeci czas wynosił 4:31/km. Zaś czwarty i piąty po 4:07/km. To mi dało łączny czas 21:46, czyli 4:20/km. Na całej trasie czułem się bardzo dobrze i stąd ten wynik. No, ale dzisiaj warunki ekstrmalne. O 19 godz temperatura jeszcze była blisko 32°C. A w Słońcu jeszcze cieplej. Jakiś czas po mnie na metę wbiegł kolega Krzysztof. Na mecie dostałem medal i poszedłem na bok i gdy Krzysiek przybiegł, to  chwilę pogadałem z drugim kolegą z klubu - Rafałem. Ucieszyłem się z wyniku, bo wiedziałem, że jest dobrze. Chwilę z Krzysiem odpoczęliśmy, potem poszliśmy się przebrać. Szliśmy wtedy na zakończenie i rozdanie nagród.

               Zakończenie imprezy i mieszane uczucia. Tutaj dobrze, że zapytaliśmy w namiocie, gdzie jest rozdanie nagród, bo wiedzieliśmy, że dwaj koledzy z Klubu - będą na podium. Zenon Hartuna - osiągając czas - 20:38 byl pierwszy w swojej kategorii M 60-69, Krzysiek (w tej samej kategorii) był trzeci osiągając czas - 22:44. W kategorii dziewczyn nasza koleżanka Ania Skalska była 1 w swojej kategorii K 40-49 osiągając czas 21:24. No i tutaj pozytywów koniec. Na zakończenie każdych normalnych zawodów - powtarzam ,,normalnych" - po wszystkich rozdaniach nagród - są dodatkowe nagrody dla wszystkich uczestników. To jedno. Drugie zażalenie takie - brak posiłku regeneracyjnego dla zawodników. Także pod takim względem te zawody uważam za byle na odpał. Nie to co zawody w Ocyplu (najlepsza impreza), Zblewo też fajna organizacja. No i Gniew - też był fajny - pomimo złego wyniku. Czasem jest tak na zawodach, że może być super trasa, super samopoczucie, ale organizacja zawiedzie i takie coś niszczy piękno biegania, że na takie zawody nie ma co przyjeżdżać, bo co mi da super wynik jak czegoś brakuje. Po wszystkim była kategoria drużynowa i niestety ze względu na to, że nasza koleżanka klubowa Kamila nie ukończyła zawodów z powodu zasłabnięcia - nie liczyliśmy się w drużynówce. Szkoda tego, ale niestety zawsze się nie uda to tak jak byśmy tego chcieli. Coś na ten temat wiem -  tydzień temu też doznałem gorycz porażki, ale chociaż udało się ukończyć zawody, a Kamia nie miała dzisiaj tego szczęścia i to jest gorsza porażka od mojej. No, ale nie ma co już drążyć. Jest jak jest i kropka o taka •.

niedziela, 21 czerwca 2026

XII Bieg Gniewski z Lecą - ,,Ból i cierpienie".

                   Dzisiejszego dnia, czyli 21 czerwca 2026 odbył się bieg na 10 km w Gniewie. Po tym jak koleżanki i koledzy namówili mnie na start, to z miłą chęcią zapisali mnie i bez wahania przygotowywałem się na te zawody. Niestety trening przygotowawczy był tylko we wtorek i środę, bo od czwartku wszystko się posypało - zaczęły mnie nerki boleć! Od tego dnia mój występ w zawodach był pod znakiem zapytania i myśli czy jechać czy nie? Piątek ból się nasilił i już wiedziałem, że i sobota będzie przerąbana. I tak było. Trochę ulżyło jak spałem z soboty na niedzielę u mamy wtedy już się normowało i w końcu coś zjadłem. No i przyszedł ten oczekiwany moment start w zawodach.

                          Na zawody wyjechaliśmy około 9:15 z kolegą Rafałem, który przyjechał najpierw po mnie. Wtedy pojechaliśmy po Kamilę do Bytoni i po Marcina do Dąbrowy. No i następnie wyruszyliśmy do Gniewu. Na miejscu byliśmy po 10-tej. Poszliśmy do biura zawodów po pakiet startowy i fajnie, bo każdy uczestnik dostał plecak. Fajny z froty plecaczek szary, batonik, Oschee w kartoniku nr startowy i chip do buta. Na miejscu jeszcze spotkaliśmy naszą koleżankę klubową Anię Skalską oraz kolegę Zenka Hartunę.  My się przebraliśmy i razem poszliśmy zrobić małą rozgrzewkę i szykowaliśmy się do startu. Upał dał się we znaki było bardzo parno i gorąco. O godz 11 zaczęło się.

                Ɓól i cierpienie ograniczony czasowo. Pierwszy km pomyślałem - o czas 5:00/km, to wystartowałem nie za szybko, czyli dobrze. Drugi km był około 3s gorszy i wynosił 5:03/km to myślałem, a raczej się łudziłem i pomyślałem, że przyspieszę - nic bardziej mylnego - było jeszcze gorzej!!! Trzeci km jeszcze w zasięgu dobrych czasów i wynosił 5:16/km. Czwarty czas by jeszcze przeszedł, bo wynosił 5:27/km, ale od tego km już wiedziałem, że mogę zapomnieć o dobrym wyniku. No i dobitką tego był piąty km wynoszący 6:35/km (takich czasów nawet na treningu nie mam), ale tutaj można zwalić na ostry podbieg, który miał około 0,5 km. Szósty km 5:41/km. Od siódmego km i zresztą końcówkę poprzedniego km podbiegu - szedłem kilka metrów. I na każdych kolejnych też co jakiś czas szedłem, bo już wiedziałem, że to jest koniec marzeń o dobrym wyniku. No i siódmy km wynosił 5:31/km - i to był w tej drugiej połowie najlepszy czas. Od ósmego km było już tylko gorzej, bo ósmy km 6:15/km. Dziewiąty - najgorszy - 6:46/km. A w ostatnim lekko przyspieszyłem do mety, ale wcześniej szedłem, więc i tutaj czas wynosił powyżej 6 min/km - wynosząc dokładnie 6:23/km. Z jednej strony ucieszyłem się, że zawody ukończyłem, ale z drugiej strony jest niedosyt i to spory. Zawody ukończyłem na miejscu 79 open na 148 osób, które ukończyły. Jedna osoba nie ukończyła. W kategorii mężczyzn byłem 62. A w kategorii wiekowej byłem dopiero 22.

                  Po tym jak jeszcze reszta biegaczy dobiegała do mety, to poszliśmy się przebrać i poszliśmy na rozdanie nagród. Nasza Kamila wśród kategorii kobiet była trzecia. Nasza Ania Skalska była 1 w swojej kategorii k 40-49. No i Zenek Hartuna był w swojej kategorii też 1 w m 60-69. Ogromne gratulacje dla wszystkich. Jeszcze też naszym małym sukcesem było, to że jako drużyna KS Sokół Zblewo - zajęliśmy trzecie miejsce. Lepsze to niż nic, pomimo mojego słabego wyniku.

                      Podsumowując te zawody - jak na razie - i oby - to były moje najgorsze zawody na 10 km. Ukończyłem je, ale niestety dzisiaj nie miałem z czego zrobć czasu. Oby kolejne starty były zdecydowanie lepsze, z których będę mieć radość, bo o to tutaj chodzi. Natomiast z drugiej strony walczyłem jak lew i się nie poddałem i to cieszy, a może wzmacnia przed kolejnymi zawodami.

niedziela, 31 maja 2026

Biegowy rachunek sumienia - maj 2026

             Kolejny miesiąc biegania przeminął jak i kolejna historia. W maju biegałem już ósemki, więc i dystansu przybyło prawie 2x więcej. Maj też zaskoczył, bo 23 maja oraz 30 maja wystartowałem w zawodach. Pierwsze w Zblewie na dystansie 5 km oraz na 10 km w Ocyplu. Obydwa zawody bardzo udane. No i wisienką na torcie była dzisiejsza bardzo udana dwudziestka na treningu. Statystycznie ten miesiąc wygląda tak:

W maju przebiegłem 251,56 km. Co ciekawe po raz kolejny nie opuściłem ani dnia biegowego pomimo zawodów, po których następnego biegałem trening. No i w maju miałem wszystkie 22 dni biegowe, razem z dwoma startami w zawodach.

Średni dystans dzienny w maju wyniósł 8,11 km.

Jeżeli chodzi o średni czas w maju, to wynosił 5:11/km.

Łączny dystans razem z kwietniem wynosi 379,86 km.

      Poniżej porównanie kwietnia i maja. Oto szczegóły:

W maju przebiegłem o 123,26 km więcej niż w kwietniu.

Średni dzienny dystans w maju był dłuższy o 3,83 km.

Średni czas w maju był gorszy o 3 sekundy.


             Podsumowując maj - był to bardzo udany miesiąc biegowy. Prawie dwukrotnie zwiększyłem dystans. No i dwa udane starty w zawodach, a na sam koniec udana dwudziestka w przepięknym stylu. Cieszę się z tego, że bieganie wychodzi na dobre. Plany na najdłuższe dni w miesiącu są takie, że będę mieć też dużo km, ale nie będzie to na pewno dwukrotnie zwiększony dystans - bynajmnie na jakiś czas. W czerwcu chcę zostawić w niedzielę jako długie wybiegania na 20 km, a nawet chcę zwiększyć do 25 km. Nie wiem, czy czasem w czerwcu nie wyjdzie mi jakiś start w zawodach nieplanowany - tak jak to miało miejsce z zawodami w Ocyplu na 10 km. Mogę się wszystkiego spodziewać. No i z trasą w czwartki muszę pokominować tak by był stały dystans. Chociaż zmieniam trasy co chwilę, więc nigdy nie będę mieć stałego dystansu. Także dużo przede mną i zobaczymy co wybiegam w czerwcu. Aż mnie nosi by dobić licznik do 300 km w miesiącu, a to by był już awans do średnio-zaawansowanego biegania i z pewnością takim dystansem w miesiącu można pomyśleć o staru w półmaratonie. Zobaczymy co będzie.

Zawody w Ocyplu - ,,perfekcyjna dycha"

            Dzisiejszego dnia (30.05.2026) odbyły się zwody w Ocyplu na 10 km. Z racji tej, że miałem powera na biegu w Zblewie na 5 km, gdzie pobiegłem rewelacyjnie, to chciałem sprawdzić jak zachowam się na dyszcze, czy będzie mnie stać na kolejny bardzo udany bieg. Po namowie kilku osób, a szczególnie Jasia postanowiłem, że pojadę na dychę do Ocypla.

              Tego dnia wstałem bardzo szybko - bo już o 06:00 rano. Przez kilka dni nie wiedziałem jak dostanę się na zawody, ale zgadałem się 3 ni przed zawodami z kolegą Krzyśkiem (dziadek) i już wiedziałem, że pojedziemy razem na zwody. Tak jak pisałem wcześniej - ,,tego dnia wstałem szybko, bo o 06:00 rano" No a jak to ja muszę z rana wypić kawę, bo lubię. Wtedy około 7:30 zjadłem 3 gotowane jajeczka kurze. Potem się spakowałem i wziąłem swoje rzeczy startowe i buty. Wtedy pojechałem rowerem do kuzynki, gdzie go zostawiłem. Poczekałem przy stadionie za dziadkiem i ruszyliśmy na zawody o godzinie 9:00 żeby na spokojnie na miejscu odebrać pakiety i sobie zrobić rozgrzewkę. Podczas jazdy Krzysiek mówił, że będzie biegł z kontuzją, bo nogę skręcił. Postanowił, że pomimo kontuzji - zapisuje się na zawody (to jest szacun i zarazem madnes, ale to pokazuje jakim twardzielem jest Krzyś pomimo 64 lat). Na miejscu spotkaliśmy dużo znajomych, z którymi porozmawialiśmy i ten czas do startu mijał w przyjaznej atmosferze. Chwilę po nas przyjechał też Mateusz Spadik i nam towarzyszył ze swoją żoną i dziećmi praktycznie do samego startu, bo Mati też startował. No i przed startem wiadomo odprawa biegowa i punkt 11:00 - padł strzał i zaczęliśmy. Od początku dla mnie to był bardzo udany start, bo zacząłem wolniej, żeby nie było za szybko na początku. Pierwszy km był bardzo dobry, a nie był za szybki i nie za wolny, dlatego miałem czas 04:35.5. W drugim nie poszedłem też za szybko, ale był to najszybszy km trasy i wynosił 04:23.2. Tutaj dogoniłem dziadka i do piątego km biegliśmy razem. Trzeci km - wspólny, tutaj mieliśmy 04:45.4. Czwarty też biegliśmy razem, a czas tego km, to 04:46.4. Pod koniec tego km tuż przed piątką widziałem, że Krzyśkowi kontuzja będzie doskwierać i szybciej nie pobiegnie, więc ja potem pobiegłem sam. No i piąty km (biegłem sam) miałem czas (najgorszy), czyl 04:50.7. Jeszcze chwilę dogonił mnie jeszcze jeden biegacz, ale przyspieszyłem i już resztę trasy biegłem sam, a szósty czas był moim przedostatnim czasem, który widziałem z pomiaru zegarka i wynosił 04:41.2. Reszty czasów do mety nie widziam, dlatego biegłem sobie takim tempem by na spokojnie dobiec do mety. Resztę tych czasów nie widziałem, ale na mecie je analizowałem i tutaj podaję: - 7 km czas 04:42.2. Ósemka o 11s szybsza od siódemki, bo czas wynosił 04:31.3. Czułem już powoli metę i powoli się do niej zbliżałem. Nie wiem gdzie był czas dziewiąty, ale wynosił 8s gorzej od ósemki i wynosił 04:39.3. Ostatni czas bez wątpienia był lepszy, bo kilkadziesiąt metrów biegłem sprintem i czas ostatni, czyli dziesiąty wynosił (na zegarku) 04:35.0. Na mecie wyłączyłem zegarek - w odpowiednim czasie i czas wynosił 00:47:03, ale dystans wynosił 10,15 km. Gdy czekaliśmy aż wszyscy dobiegną do mety, to poszliśmy do auta się przebrać na czysto i czekaliśmy na ceremonię wręczenia nagród. Chwilę jeszcze pirozmawialiśmy z innymi biegaczami i czekaliśmy aż wszyscy dobiegną na metę. Gdy już wszyscy przybievli, to było zliczanie wyników i ostateczne wyniki wyglądały tak:

Najlepsi chłopacy mieli czasy od 3 do 1 takie:

3 miejsce -   Dariusz Jarzyński - czas 40:21.62

2 miejsce -    Plutowski Patryk - czas 38:25.99

1 miejsce - Mateusz Niemczyk - czas 37:59.38

Wśród pań były takie wyniki:

3 miejsce -      Beata Dubiela - czas 46:39.83

2 miejsce -       Agata Barnaś - czas 44:40.60

1 miejsce - Kamila Grzonka - czas 42:34.79

Tak to wyglądało jeśli chodzi o zwycięzców. Powodem do radości było to, że dwaj koledzy z klubu (T.G. Sokół Zblewo) mieli miejsca na podium i pierwszy z nich w swojej kategorii m30-39 - miejsce drugie miał Mateusz Spadik z czasem 45:13.78 oraz 15 w kategorii generalnej. Drugim triumfatorem i zwycięzcą w swojej kat wiekowej m60-69 był dziadek Krzyś, który uzyskał czas 48:54.27 i był 22 w kategorii generalnej. Natomiast ja nie zająłem miejsca na podium, ale mój czas 47:06.11 uważam za bardzo dobry czas, bo byłem 19 w klasyfikacji ogólnej, a 7 w mojej kategorii wiekowej m40-49.

        Tak to wszystko wyglądało jeśli chodzi o zwycięzców. Były jeszcze poszczególne kategorie wiekowe, ale nie zamieszczałem ich tutaj, bo można je sprawdzić pod tym linkiem:

https://elektronicznezapisy.pl/event/14921/results.html#t1

             Po wręczeniu wszystkich nagród były jeszcze nagrody dla wszystkich uczestników i poszczególne nr startowe, które były wylosowane - dostali nagrody. Z naszej trójki zespołu ( Mateusz, ja i dziadek) dostaliśmy wszyscy trzech nagrody, bo wylosowali nasze numery startowe. Jeszcze były nagrody za konkurs, w którym trzeba było zgadnąc, gdzie odbędą się kolejne zawody GP Kociewia. Moja odpowiedź, że w Kwidzyniu zaliczyła się do nagrody i dostałem drugi upominek.

               Po całej ceremoni i wręczeniu nagród wszystkim, którzy mieli szczęście - poszliśmy do biura zawodów, gdzie przed startem odbieraliśmy pakiety startowe i tam poszliśmy zjeść zupę i pączki. Wtedy już z dziadkiem pojechaliśmy do domu.

                Podsumowując te zawody, to powiem, że ogólnie myślałem, że uda mi się przebiec tę dychę w czasie poniżej 44 minut. Jednak coś mnie tknęło żeby pobiec sobie spokojnie. No i tak było. Fakt, że drugi czas był najszybszy, ale nie oznacza, to, że za szybko pobegłem. Pobiegłem idealnie!! Taki start był moim marzeniem, żeby idealnie zacząć i idealnie wbiec na metę. Tego się nie spodziewałem, że tak to będzie wyglądać. Dobra!! Może czas nie jest jakiś idealny, ale za to samopoczucie wspaniałe. Nie żałuję, że tam pojechałem do Ocypla. Kilka zawodów na dychę pobiegnę i wrócę do czasów 44 minuty i poniżej. Tego sobię życzę.

sobota, 23 maja 2026

IV Bieg Uliczny - Mistrzostwa Polski Marynarzy i Żeglarzy - ,,Początek nadzieji".

              Wcześniej około dwa miesiące temu - wpadłem na plan, żeby wystartować na zawodach w Zblewie. Moje bieganie to był zaledwie miesiąc biegania. Nie byłem pewien czego się spodziewać. Nie wiedziałem na jaki czas pójdę. Jednak trenowałem swoje i nie opuściłem ani dnia treningu. Minął marzec i do kwietnia biegałem jeszcze po 4 km, w tygodniu, a ósemki tylko w niedzielę. Jednak od 1 kwietnia zacząłem biegać tak jakby statystycznie, czyli liczę każdy km i każdy czas. Minął też kwiecień i od maja zacząłem biegać ósemki. A to mi otworzyło drzwi, że w niedzielę szesnastki. A z racji tej, że w piątki mam wolne, to w czwartki około 12 km. Jednak mam trasy różne więc nigdy mi nie wyjdzie to samo. No i 16 km przebiegłem tylko raz i potem poszły dwudziestki, bo czułem, że mogę więcej. Pierwsza dwudziestka była ciężka, ale druga - zdecydowanie lepsza. Do dzisiaj nie opuściłem żadnego treningu. No i dzień zawodów wyglądał tak:


             Wczoraj przyszedłem do mamy na Zblewo na noc. Wstałem, potem wypiłem kawę, zjadłem śniadanie. Około godziny jedenastej wyszedłem w stronę gminy. Zdzwoniłem się z kuzynem Rafałem i się spotkaliśmy później na placu 700-lecia. Następnie poszedłem odebrać swój pakiet startowy i z początku chciałem biec w swojej zielonej koszulce. Jeszcze kuzynka Beata mi pakiet przypilnowała, a ja poszedłem się rozgrzewać, bo zostało kilkanaście minut do startu i znalazłem ekipę T.G Sokół Zblewo. Postanowiłem, że zapiszę się do klubu. No i też tak zrobiłem. Potem po rozgrzewce pozostało kilka minut do startu i dostałem koszulkę drużyny. Swoją dałem idąc po drodze kuzynce Beacie, a my z Rafałem poszliśmy na linię startu i pozostało około 4 minut do startu. Włączyłem sobie GPS-a wcześniej, żeby złapać dobry odczyt trasy. Gdy o dwunastej padł strzał - już nie było kalkulacji - trzeba było biec tak jak się da. Stoper włączyłem przy czasie netto, gdy przekroczyłem linię startu. Pierwszy km zacząłem bardzo szybko, ale nie widziałem pierwszego pomiaru i leciałem dalej. Trzymałem się blisko kuzyna, ale nie chciałem biegać za szybko, dlatego lekko zwolniłem i Rafał był przede mną. Jednak drugi km był też szybki i tutaj dogoniłem Rafała. Gdy dobiegłem do ulicy Kasztanowej, to tutaj miałem bardzo miłą niespodziankę - Dżoszuy dzieci (Jaś i Oliwia, oraz sąsiadka Lilka) oraz Nodik i Jerzyk - kibicowali mi. To mi dodawało skrzydeł, ale trzeci km był najsłabszy, bo wynosił 4:36/km. Tutaj był najgorszy kryzys. Czwarty był też kryzys, ale było kilka sekund szybciej i wynosił 4:29/km. Zbliżałem się do skrzyżowania  ulic - Chojnickiej, Dworcowej, Północnej oraz Głównej, a na tą Główną biegliśmy ostatnią prostą. Tutaj mi zapaliła się lampka by pobiec na żywioł - na maksa i też tak zrobiłem. Wyrywałem się by to wcześniej zrobić, ale bałem się, że polegnę, dlatego tylko jakieś 200m przed metą dałem na maksa. Niestety nie wyłączyłem zegarka i z zegarka ostatniego czasu ne miałem. Później go policzyłem. No i dobiegając do mety czułem radość i zadowolenie. Wtey wiadomo po mecie gratulowanie innym zawodnikom z drużyny i nie tylko. Wtedy szukaliśmy Beatę i wziąłem swój pakiet startowy i po chwili zjadłem dwie porcje grochówki. Następnie wypiłem kawę i po jakimś czasie było rozdanie nagród. Kilka osób z naszego teamu dostali nagrody za poszczególne miejsca. Na koniec było losowanie nr startowego. Niestety nie miałem szczęścia. Po wszystkim poszedłem do domu do mamy, ale poszedłem do Jasia i chwilę pogadaliśmy. Jak pogadaliśmy chwilę, to mnie namówił na to bym na zawody kolejne wystartował. No i też tak zrobię, bo za tydzień w okolicach, czyli w Ocyplu biegnę na dychę. 


             Podsumowując dzisiejsze zawody - z tego co biegam na treningu - uzyskałem czas, na który w zsadzie nie liczyłem, a tym bardziej się go nie spodziewałem. Ostatecznie mój czas wynosił 21:52, czyli tj 4:20/km. Jest pięknie i będzie jeszcze lepiej.

piątek, 1 maja 2026

Biegowy rachunek sumienia - Kwiecień 2026 - powrót do korzeni

                            W życiu dzieją się różne sytuacje losowe i takie, na których nie masz wpływu i są takie, które dzieją się po prostu. Są sytuacje, których żałujesz, i z których jesteś zadowolony. To wszystko dąży do jednego - do historii. To było, minęło i nie wróci. Są też takie historie, które się powtarzają - tak ja mój powrót do biegania. Skończył się miesiąc kwiecień i wraz z nim mój cały miesiąc biegania. Poniżej przedstawię to co w tym miesiącu wybiegałem.

            Kwiecień 2026 przedstawia się tak:

W kwietniu przebiegłem 128,3 km.

Średni czas na km w kwietniu wynosił 5:08/km (liczone są tylko dni biegowe).

Średni dzienny dystans wynosi 4,28 km (liczone jest tyle dni ile ma cały miesiąc).

                Kwiecień był tym miesiącem, w którym powróciłem do biegania. Licznik bije dalej i zobaczymy co przyniesie maj. W maju startuję w zawodach na 5 km i chcę sprawdzić swoją wytrzymałość. W maju będzie więcej km, bo od jutra (drugiego maja) - moim podstawowym dystansem będzie ósemka, a nie jak do końca kwietnia czwórka. Warto podkreślić, że w kwietniu biegałem wszystko regularnie i przebiegłem 22 dni biegowe. Jest na początek dobrze i będzie jeszcze lepiej.

niedziela, 5 kwietnia 2026

Wielki Powrót

      Dnia 26 lutego 2026 roku stało się coś co przeszło wszelkie moje oczekiwania - powróciłem do biegania. Od 2018 roku przestałem biegać, bo to albo zacząłem pić alkohol, albo wkręciłem się w narkotyki. Nie boję się o tym mówić, bo to prawda i mam na to świadków. Następnie jakieś razy próbowałem podchodzić do biegania - i nie czułem tego. Dnia 10 lutego 2025 roku trafiłem na SOR bo źle się poczułem. To był dzień, w którym postanowiłem, że idę na leczenie alkoholowe na 2,5 miesiąca i od tej pory przestałem pić alkohol i brać narkotyki. Będąc na odwyku obudził się we mnie głos THE FLAME, który mówił ,,chodź do mnie". No i to właśnie sprawiło, że już będąc na odwyku też nawet próbowałem biegać. Kilka razy pobiegłem i zaś ten blask THE FLAME - zgasł. Mijało kilka miesięcy i myśli o bieganiu były coraz poważniejsze, tym bardziej, że we wrześniu zaczęliśmy w piłkę grać. Wyszedłem z odwyku 23 kwietnia. Życie zaczynało się układać od nowa. Między czasie byłem w czasie robienia prawa jazdy i zaraz po wyjściu następnego dnia udało mi się w końcu zdać egzamin wewnętrzny, a to  kolei otworzyło drzwi do egzaminu teoretycznego w Chojnicach ( bo tam chcę zdawać egzamin i praktykę). Egzamin teoretyczny zdałem za drugim podejściem dnia 24 sierpnia. Po zdaniu egzaminu teoretycznego poszedłem na egzamin z jazdy, czyli praktyczny. Pierwsze 5 egzaminów (w różnych odstępach czasu) - nie wyjechałem w ogóle z placu. Wtedy zacząłem kupować dodatkowe godziny jazdy i udawało mi się z placu wyjeżdżać, ale egzaminu nie zdawałem. Kryzysowy moment był między 9 a 10 podejściem, bo już chciałem się poddać całkowicie. Jednak wtedy po raz kolejny odezwał się kolejny blask ,,THE FLAME", który powiedział: ,,powróć do biegania, to ci pomogę - w tym jesteś najlepszy i gwarantuję, że się nie zawiedziesz". Pomyślałem sobie dlaczego nie spróbować. Wahałem się jak to będzie, ale dość tego!!! Tyle razy poległem, tyle razy nigdy nic i w końcu padła ta ostateczna decyzja - zmeniam swoje życie!!! Bo bieganie, to zmiana, to styl życia. Powiedziałem sobie, że chcę tego i dnia 26 lutego zacząłem początek nowej historii. Ta historia już się zaczęła i oby trwała do końca mojego życia. Mamy już 5 kwietnia 2026 roku i to można powiedzieć, że zaczęła się koejna historia w historii, bo dzisiaj zacząłem biegać już 8 km w każde kolejne niedziele. To jest radość, to jest piękna historia. Takim chcę być jak najdłużej. Widzę to wszystko na nowo: Te treningi - te ciężkie treningi, bieganie o ciemku, długie wybiegania oraz najważniejsze - starty w zawodach!!! Mam nadzieję, że ta piękna historia będzie trwać i trwać i trwać.... Oby tak było i obym z tego snu się nie obudził.